niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział X

 - Okej dziewczyny! Powtarzamy! - krzyknęłam w stronę mojej grupy tanecznej, przerywając im odpoczynek.
            Była to mieszana grupa młodych nastolatek, które kochały taniec, a ja pokazywałam im nowe oblicze swojego ciała i muzyki. Prowadziłam je od trzech lat i bardzo zżyłam się z dziewczynami. W grupie znajdowały się kilka dzieciaków Umysłu, ale przeważały nas zwykłe dziewczyny, które zawzięcie dyskutowały na temat ostatnich wydarzeń. Ciemnowłose, próbowały wtopić się w tłum i zachowywać się jak normalne nastolatki, ale w powietrzu czuć było napiętą atmosferę. Ludzie zaczynali rozumieć co się dzieje. W Gocewii coraz częściej dochodziło do znikania ludzi, obarczano tym "Mafię" - tak nazywały nas media. Ludzie zaczynali być nie ufni w stosunku do ciemnowłosych. W sumie nie dziwie im się. Też zaczęłabym panikować i wpadać w paranoje na ich miejscu.
 - Pati, a ty co myślisz o teorii na temat tych "Ludzi Umysłu"? - blondynka o imieniu Natalia zagadnęła mojego pobratymca.
Dyskretnie przysłuchiwałam się tej rozmowie.
Ciemnowłosa wzruszył ramionami.
 - Jakaś banda bawi się w "Nad Ludzi" - odparła wstając z miejsca.
Cwana bestia.
Nat uniosła brew.
 - A co myślisz na temat tych wszystkich porwań? - spytała robiąc słodkie oczka.
Prowokantka. Cały ojciec - pomyślałam.
          Tobias Perse - jeden z nieprzyjemniejszych reporterów jakich miałam okazje poznać i ojciec naszej drogiej Natalii. Poznała go lata temu na jakimś czerwonym dywanie, kiedy dociekał informacji na temat moich rodziców. Co prawda podszedł mnie, ale nie wyciągnął ode mnie żadnych kompromitujących informacji na temat starych, a ja miałam sprawę w sądzie o rękoczyny. No co? Był upierdliwy! A do tego uwielbia grę słów i znęcać się nad rozmówcami. Na całe szczęście mam na niego tyle haków, że może sie pożegnać ze swoją pracą do końca życia. Niekiedy uwielbiam wpływy moich starych.
Pati pokręciła głową, próbując ukryć zdenerwowanie.
 - Myślę, że stoi za tym jakaś mafia.
Czasami najbanalniejsze stwierdzenie kryje całą odpowiedź. Szatynka ma głowę na karku, więc nie da się wplatać do bezsensownej wymiany zdań... Ale z drugiej strony Natalia, jest zaborcza i lubi terroryzować. Nie cierpię takich ludzi!
 - Mój tata wydał bardzo ciekawy artykuł. - blondynce zaświeciły się oczy - Wyraził teorię, że "Ludzie umysły" - zakpiła z tej nazwy. Teraz miałam ochotę zetrzeć jej uśmieszek z tej zarozumiałej twarzy. Zdusiłam w sobie chęć porażenia jej piorunem, - mają dość specyficzną urodę. - postukała się w brodę jakby myślała. Teraz zaczęłam im się ofen przyglądać, tak jak reszta dziewczyn. - jasna cera, prawie czarne oczy i włosy. - przekrzywiła głowę. - Dokładnie tak jak ty Stans.
         Poczułam jak atmosfera w sali ulega gwałtownemu ozimnieniu. Patrycja wgapiała się w swoje buty i zaciskała pięści próbując się uspokoić. Dziwiłam, się że żadna z koleżanek Patrycji nie zareagowała na zaczepki blondynki, a zostawiły ją samą. Chodź nie. Terror, który panuje w Podziemiu odciska  piętno na ludzi żyjących na powierzchni, wśród zwykłych ludzi.
 - I co teraz będziecie prześladować wszystkich, którzy mają taką urodę? - odgryzła się.
Nie chciałam słuchać tej rozmowy więc gwizdnęła, a dziewczyny zakryły dłońmi uszy.
 - Jeny, jeny... - pokręciłam głową - Czy dziś mnie ktoś słucha? Mówiłam, że zaczynamy. - przybrałam poirytowaną twarz, a dziewczyny rozproszyły się - Dobra! Pięć, sześć, siedem, osiem!


***

 - Myślałam, że będziesz bardziej chroniona.
Wysoka kobieta o idealnej fryzurze podeszła do mnie, kiedy pakowałam swoje baletki. Spojrzałam na nią lekceważącym wzrokiem. Zaraz gdy weszła na zajęcia wiedziałam, że coś ode mnie chce inaczej nie ryzykowała by przyjścia tutaj. Przyjrzałam się dobrze zbudowanej kobiecie. Musi ćwiczyć jakieś sztuki walki. Niby chudziutka i niepozorna, ale mięśnie widocznie się odbijają.
 - Czego tu szukasz Dick? - obróciłam się w jej stronę. W szpilkach byłam z nią na równi więc do woli mogłam się wpatrywać w jej czekoladowe oczka. - O ile wiem akurat TY powinnaś chować się przed psami Gabriela.
Zaplotłam ręce na piersi.
Dobrze wiedziałam po co tu przylazła. Śledziłam jej poczynania od jakiegoś czasu i dobrze wiem czym się zajmuje, ale nie dostanie tego po co przyszła.
 - Kundle nie dadzą rady mnie powstrzymać, nawet w stadzie. - odgryzła się.
Jeny. Czemu zawsze muszę trafić na jakiś nadętych bufonów? Znaczy nie mam nic do ludzi mojego pokroju, gdy są daleko ode mnie... ale ja ich jakoś przyciągam do siebie! A to już nie jest fajne!
 - Wyczuwam, że nie jesteś sama. - uśmiechnęłam się krzywo - Coś mi się zdaje, że czujesz się jak postać z Hollywoodzkiej produkcji. Goniona przez "czarne" charaktery. - pokazałam pacami cudzysłów.
Kobieta nie była dłużna:
 - A ty jak bogini.
 - Och dziękuje za komplement. - ukłoniłam się zgrabnie i uśmiechnęłam się słodko. - Do rzeczy. Śpieszy mi się. - mój wyraz twarzy zmienił się na znudzony i nieznający sprzeciwu.
Kobieta spojrzała na mnie spokojnie, lecz w jej oczach widziałam frustracje? Albo inne podobne emocje.
 - Wiesz po co tu przyszłam. - odparła - Nie kryje, że bardzo nam się te informacje przydadzą.
W tej sekundzie cieszyłam się, że żadnej z moich dziewczyn nie było na sali. Miałam ochotę miotać piorunami po całym pomieszczeniu, a jak tak dalej pójdzie dojdzie do rękoczynów i któraś z nas nie wyjdzie z tej sali i to nie będę ja.
 - Chcecie go zabić, ale ja na to nie pozwolę. - odparłam wymijając ją. - Nie dostaniecie tej informacji.
 - Możesz uratować wiele istnień! - krzyknęła.
Uch... nie wiedziałam, że aż tak się uniesie. No i z jej spokojnego oblicza została pustka. Miałam jej dość. Miałam dość całej tej głupiej rozmowy, całego Gabriela i wszystkiego.
 - Powiem ci jedno. - postukałam jej po piersi - Nie przystąpię do was, ani Michaelisa. Jego tajemnice są moimi tajemnicami więc ich też nie dostaniecie. I dajcie mi wszyscy święty spokój!
Obróciłam się, wypięłam pierś i uniosłam dumnie głowę, następnie wymaszerowałam z sali zostawiając kobietę w otępieniu. Coś zagrzechotało mi w torebce. Cholera!.
Wróciłam się do sali i wychyliłam się.
 - Długo będziesz tu stać? - spytałam ukrywając rumieniec - Musze zamknąć sale.


***

            Jeszcze raz każe mi ktoś jechać nowym ferrari przez las to mój obcas wyląduje w jego oku. Naprawdę. Po porzuceniu czerwonego samochodu na parkingu, zostałam zmuszona przedzierać się przez las w 20 centymetrowych szpilkach od Dior. Na ścieżce było w miarę stabilnie, ale gdy nadal nie było widać ludzi musiałam wleźć dalej w las. Do tego było ciemno jak w dupie i wspierałam się tylko na moje mocy, która mnie prowadziła. Co chwile wpadałam do jakieś kałuży lub błota rozpaćkując maras na swój szpiegowski kombinezon od Armaniego. Grrr! Jakby mi się kazali gdzieś wspinać... okej, ale po lesie w szpilkach? Czy oni ogłupieli?! Widać, że jakaś blondynka plan układała. 
W końcu wyczułam, że za ścianą krzaków stoją ludzie. Alleluja!
Dosłownie wypadłam z chaszczy wpadając na plecy jakiegoś dobrze zbudowanego faceta.
 - No co za imbecyl wybierał taką miejscuwe? To jakiś kretyn musiał być. - wymamrotałam otrzepując włosy ubrania z liści i gałęzi.  Spojrzałam na chłopaka - Oooo Tommy! Kope lat!
Poklepałam chłopaka po plecach.
 - Spóźniałaś się James! - usłyszałam jadowity głos słodziutkiej blondyneczki od Gabriela.
Od razu przestawiłam się na tryb ataku.
 - A to ty. To już wiem co za idiota kazał nam się po ciemku szlajać po lesie. - odparłam. Wyciągając ze stanika paczkę chusteczek nawilżających aby wyczyścić buty. Po skończonej robocie wsadziłam resztę na swoje miejsce i zapięłam suwak kombinezonu, który zasłaniał całe ciało, aż po szyje.
 - W ciekawym miejscu chowasz takie rzeczy - kobieta zakpiła.
 - Alice.
Uniosłam brew.
 - Bardzo praktyczne miejsce... Chodź ty o tym nie masz pojęcia... Przy takich mikroskopijnych rozmiarach. 
Blondyna zaczerwieniła się.
 - A tak przy okazji - zaczęłam marszcząc brwi - co ty tu robisz? Nie jesteś od noszenia kawy Gabrielowi?
 - Alice...    
Dziewczyna wypięła dumnie to co nazywała piersiami i spojrzała na mnie z wyższością... Jakby taką miała. Mały kotek próbuje stać się tygrysem... wprost komicznie wyglądała.
 - Zostałam tu wysłana w zastępstwie i obejmuje urząd głównego dowódcy tej misji, wiec zajmij miejsce w szeregu.
Ssssss.... Żmija wystawiła kły. Ehhh... czego nie robi trochę władzy z człowiekiem.
 - A co twojego poprzednika dopadła ospa? - Tom parsknął śmiechem i próbował zamaskować to kaszlem.
 - Alice! - warknął, a ja wywróciłam oczami.
Rita przybrała barwę buraka, ale już się nie odezwała. Odwróciła się do mnie plecami, aby porozdawać rozkazy innym Wrono, które dowodziły. Tak więc 5468548854268446835 dla Alice - 0 dla Rity, i tak ma być! Niech cizia zna swoje miejsce w szeregu!
 - Co tam u siostry? - zagadnęłam chudzielca.
Ten spojrzał na mnie podejrzliwie.
 - Nic nie zmieniło się od rana.
Przymrużyłam oczy.
 - Tak. Ładnie traktujesz swojego sponsora. - cios poniżej pasa, ale takie to w moim stylu.
 - ALICE! obiecałaś...
 - Jeny wyluzuj! - wyrzuciłam ręce w geście poddania - Tylko się z tobą drażnię...
I w tej właśnie sekundzie wdepnęłam do kałuży. Krzyknęłam niezadowolona i obrzuciłam chłopaka gniewnym spojrzeniem - To twoja wina! - wskazałam na szczewik. - Czyść!
Tom spojrzał na mnie.
 - Nie ma mowy!
 - Jesteś mi coś winny...
 - NIE!
 - Ale ja mam brudne buty!
 - NIE!
 - TOM!
 - ALICE!    
 - Twój jazgotliwy głos  słychać wszędzie.  - w naszą stronę zbliżała się Ruska Menda, z rękami wsadzonymi w kieszenie.
Odwróciliśmy nasze spojrzenia od siebie i spojrzeliśmy na niego.
 - Ooo! Rubuś! Idealnie!  - krzyknęłam rozradowana gdy zrównał się z nami. Wyciągnęłam w jego stronę nogę z brudnym butem - Czyść! - rozkazałam.
Facet uniósł brwi.
 - Dziewczynko postaw tą nóżkę na ziemi bo się jeszcze połamiesz. - skarcił mnie jak małą dziewczynkę.
Spojrzałam na niego gniewnie.
 - Nie lubie cie.
 - Bardzo mnie to ruszyło. - odparł i klepnął Pana Zepsute Auto, zaczynając mówić.
Poczułam się zignorowana. A to mi się nie podobało. Nie wiedząc co mam ze sobą zrobić wyczarowałam sobie chmurkę i usiadłam dając odpocząć moim butą, które były w opłakanym stanie. Zamroziłam cały brud, który się na nich znajdował i postukałam w nie aby szadź i brud zniknęły. I voi la! Jak nowo narodzone!
 - Wszyscy znają swoje zadania? - Rita krzyknęła machając jakąś kartką.
 - JA nie znam! - krzyknęłam ale zostałam zignorowana.
 - RUSZAMY!
Podwinęłam wargę bo nie wiedziałam co mam robić.
 - No chodź. - Tomy zarzucił mi rękę na ramiona - Znaczy leć. Jesteś ze mną w drużynie.


***


  - ... i mówisz, że mamy tam wejść? - dopytałam się przemykając pomiędzy drzewami, próbując dotrzymać kroku Tomiemu, który biegł używając mocy. Nawet ja używając mgły miałam duży problem z dotrzymaniem mu kroku. Był piekielnie szybki
 - Ile razy mam Ci to powtarzać?! - odkrzyknął zirytowany.
Prychnęłam materializując się przed nim, ale zostałam w mgnieniu oka wyminięta.
 - Po prostu próbuje zrozumieć tok myślenia tej kretynki. - odparłam - Jak ona mogła mnie dodać do grupy dywersyjnej?! Wolałabym zrobić hałas!
 - Alice, ja cie błagam nie kombinuj...
Jego głos zawiesił się, a ja zmaterializowałam się obok niego.
         Staliśmy na obrzeżach lasu, który odgradzał bazę wojskową od świata żywych. Zagwizdałam widząc ten monumentalny budynek ogrodzony siatką pod napięciem. Wokół płotu przechadzali się ludziki z dużymi pistoletami bodajże K-560 - najnowsza wersja karabinu maszynowego. Phi. Puki ja tu stoję, to się to nie przyda.  
 - Jaki przystojniak! - pisnęłam widząc całkiem przystojnego żołnierzyka.
 - Alice... - załamał ręce.
Wywróciłam oczami i wpadałam na genialny pomysł.
 - Rozbieraj się. - rozkazałam.
 - CO?!
Wzniosłam oczy do nieba.
 - No nie będziemy na nich czekać do końca świata... - mruknęłam. Od początku nie miałam zamiaru słuchać rozkazów Rity, a im szybciej rozprawimy się ze strażnikami tym lepiej.
 - Ale po co mam się rozbierać? - odparł przerażony.
Westchnęłam.
 - Daj mi swoją bluzę. - wyciągnęłam w jego stronę dłoń.
 Trochę pokręcił nosem ale ściągnął swoją bluzę. Ja rozpuściłam włosy i wciągnęłam na siebie niebieską szmatę.
 - Mogło by być lepiej, ale ujdzie. Jest ciemno więc nikt nie powinien się kapnąć.
Wygładziłam materiał i poprawiłam włosy.
 - Alice coś ty wykombinowała?
Zbliżyłam się do tego cykora.
 - Tylko sobie o niczym nie myśl.
Chwyciłam jego twarz i przywarłam do warg. Wypadliśmy z krzaków z impetem. Oderwałam się od niego i chwyciłam za dłoń.
 - Udawaj parę! - syknęłam mu do ucha, następnie wybuchłam głupiutkim śmiechem.
 - Alice ja cie kiedyś zabije! - odwarknął.
Pocałowałam go w policzek, a on odwrócił głowę
 - Graj bo wpakują w ciebie kulkę, a ja mój obcas! - zastraszyłam go - Udajmy, że się zgubiliśmy...
 - HEJ! - jeden z żołnierzy zauważył nas.
Pisnęłam jak słodka idioteczka i podniosłam ręce do góry, chowając się za chudzielcem. Popchnęłam go do przodu.
 - Emmm... - wydukał z siebie Tom - Zgubiliśmy się... Eeee... zauważyliśmy światła i zaczęliśmy podążać za nimi. - wysilił się na męski ton.
 - Szukamy drogi już od wielu godzin! - pisnęłam.
 - Dobra, podejdźcie! - znów głos żołnierza.
Moja podświadomość wywijała break densa, gdyż mój szalony plan udał się.
 - Jesteś Genialna! - Tomy, objął mnie ramieniem.
 - Nie często mi się to zdarza.
Podeszliśmy do trzech mężczyzn stojących przy wyjściu awaryjnym. Byli uzbrojeni, ale szybko bym sobie z nimi poradziła jakbym była sama... Ale coś mi się zdaje, że Tomy mi pomoże wiec może być przy tym małe zamieszanie.
 - Gdzie najszybciej można dojść do jakiejś drogi? - spytał Ton bardzo poważnym głosem.
Strażnicy zaczęli tłumaczyć mu drogę,    
Wyczułam obecność całej naszej grupy. Stali w miejscu gdzie, my z Panem Autko staliśmy przed kilkoma minutami. Co robić... co robić? Grupa zaczęła się przemieszczać. No kurw...
 -... czyli pan mówi, że mamy iść w tamtą... - udałam, że potknęłam się i upadam na ziemię tak aby faceci mieli za plecami grupę - Auuu!!
Krzyknęłam i chwyciłam się za kostkę.
 - Ali! - krzyknął przerażony Tom.
NA mojej twarzy wylądowała maska bólu i cierpienia.
 - Och! Jaki ból! Co za potworny ból! - krzyczałam, a Rita z resztą bandy przemykali się za plecami straży. - Chyba skręciłam kostkę! - zawodziłam.
Przystojny facet przyklęknął obok mnie.
 - Proszę się uspokoić. Zaraz obejrzę Pani nogę. - powiedział rzeczowo. Phi... ale gbur!
Mężczyzna powoli oglądał moją stopę.
 - Jak pani uszła tyle czasu w takich butach?! - jeden z mężczyzn zdziwił się.
 - W takich butach do lasu? Proszę pani! - zawtórował mu drugi.
Tom próbował ratować sytuację.
 - No wiecie... kobiety! - prychnął, a ja spojrzałam na niego jak na kretyna, a on pokazał ramionami swoją bezradność.
 - Auu! - krzyknęłam kiedy facet dotknął mi jakiegoś miejsca na stopie - Trochę delikatniej! - zrugałam go.
Posłał mi przepraszające spojrzenie i wznowił oględziny.
Zaważyłam ciemną sylwetkę Rubiena zbliżającą się do jednego z mężczyzn. Nim zdążyłam zareagować, coś błysnęło, a szkarłatna chmura krwi rozbryzgała się na nas.
 - Co jest?! - krzyknął facet stojący obok swojego nieżyjącego kompana.
Nim wszyscy się ogarnęli w sytuacji, kopnęłam go w jaja, ugiął się, ale ręką uderzył w Toma. Facet, który udzielał mi pierwszej pomocy sięgnął po broń, ale jednym kopnięciem ogłuszyłam go, a ten upadł bez przytomności. Tom też, załatwił... a raczej dobił swojego.
Wstałam otrzepując się.
 - Musiałeś go zabijać?! - wydarłam się po Ruskim Kretynie.
Ten wyszczerzył się.
 - To było silniejsze ode mnie...- zaczął mamrotać coś po Rusku.
Musze sobie ustawić w kolejce, że następnym językiem, którego się muszę nauczyć jest Ruski, nie dam sobie takiemu zwierzęciu pomiatać! Jeszcze czego!
 - Alice... - wysapał Tom, z którego zeszło całe napięcie - Mam ochotę Cię zabić i wycałować jednocześnie.
 - Całowania mam dość, złociutki... - poklepałam go po policzku.


***

 - Podzielę was na grupy i przydzielę odpowiednie zadania! - usłyszałam głos Rity. 
           Ziewnęłam ale pierwszy raz w życiu byłam cicho. Naprawdę! Blondyna przechadzała się pomiędzy ludźmi wywołując imiona i dzieląc w grupy. Po przydziale ludzie rozchodzili się gdzie im Pani Szef kazała i tyle ich widziałam.
         Szacun dla ludzi, którzy nas ukrywali pod swoimi mocami. Strażnicy okrążali nas szerokim łukiem, a my mogliśmy robić co się nam żywnie podoba. Sztuczka dobra, ale czasochłonna. 
W końcu przyszła pora na mnie. 
 - James, Sawwa i Whitaker macie znaleźć... - no i tu moja rola się kończy. 
 - Nie jestem, żadnym szczurem, aby skradać się i znajdować jakieś rzeczy! - warknęłam. 
Dziewczyna odwróciła się do mnie posyłając mi wzrok " Co ty tam szepczesz? Nie pyskuj!". Ta usilna próba zdominowania mnie działa na jej niekorzyść, gdyż ja nienawidzę wywyższania się... Oczywiście innych osób.
 - Ja tu dowodzę. - odparła dumnie.
Ziewnęłam i pomachałam jej lekceważąco.
 - Tak, tak powtarzasz się. - odparłam - Jak nie ma tu nic więcej do roboty to see ya!
          Odwróciłam się na pięcie nie zważając na krzyki Rity i odeszłam. Nikt mnie nie gonił, ani nie próbował zatrzymać co mnie zdziwiło. Wyszłam z bazy wojskowej i zerknęłam na nieprzytomnych facetów. Żal mi było tego ładnego, gdyż chyba złamałam mu nos... i na pewno straci na uroku... No cóż, miał facet pecha.
          Wyczułam w powietrzu, że ta głupia krowa zaczęła mnie śledzić... Boże! Ani chwili spokoju. Posłałam do jakiegoś patrolu rozkaz, aby udali się w miejsce gdzie znajdowała się blondynka, a oni posłuchali... No cóż... Telekineza jest wspaniała! Rita gwałtownie musiała skręcić... A no tak... Zapomniałam, że ona tylko w 1/3 jest Człowiekiem Umysły, nie miała takiego powera co my. To jakim cudem, ona została głównym dowódcą? Ech... Widać, że Michaelis nie ma ludzi.
Wpadłam w środek narady jakiś grupy. Spojrzałam na nich przepraszająco.
 - Przepraszam. - zakłopotałam się - Zostałam tutaj przysłana.
Jakiś śmieszny facecik okrzyczał mnie, ale pozwolił dołączyć, co mnie niezmiernie zdziwiło. Siedziałam cichutko i wsłuchiwałam się co mają do powiedzenia. Okazało się, że mały facecik kieruje grupą, która będzie nacierać na główną bramę! Jeej! Będzie zabawa! Będę sobie wyobrażać, że każdy przeciwnik to Rita i pobije go! Hue hue hue ulżę sobie!
 - Dobra! - krzyknął konusek - Do ataku!
           Wszyscy poderwali się z miejsc i z krzykiem rzucili się do przodu. Ja natomiast wstałam i powolutku zaczęłam podążać w ich stronę. Rozległy się wystrzały, ale Ludzie Umysłu szybko sforsowali bramę. Dosłownie weszłam na gotowe i zauważyłam niezły popłoch. Ludzie nie wiedzieli co mają robić. Zwykli LU padali jak muchy, gdyż nie wiedzieli jak się walczy. Wrony, dobrze sobie radziły ale ludzie zmuszeni do walki... Wole o ty mnie myśleć. Przyszłam tu bo miałam jasno określony cel.  
            Przywołałam do siebie moją moc. Poczułam jak oczy mi się zmieniają, a na dłoniach zaczęły formować się pioruny. Rozłożyłam ramiona i przeszłam do sabotażu. Szłam wolno, posyłając pioruny, aby rozdzieliły walczące pary. Ludzie uciekali w popłochu tym samym niwelując liczbę ofiar, na czym mi zależało. Przywołałam gęstą mgłę aby zakryć wszystkich. Następnie wyciągnęłam każdy nabój z broni żołnierzy. Ludzie Umysłu wycofali się, a strażnicy wpadali na siebie i okładali się pięściami. Kilku wpadło na mnie ale unieruchomiłam ich kilkoma ciosami kong-fu.
LU znów przeszli do defensywy. Westchnęłam gdyż musiałam wszystkiego pilnować!
 - Jak dzieci! - westchnęłam.
Coś huknęło i nowa grupa ludzi pojawiła się na miejscu.
 - Zebrać wszystkich cywili! Obstawić wejścia! Nie przepuszczać ich! - usłyszałam Thane, a jednak, pani "Idealna fryzura" przybyła wraz ze swoimi ludźmi na ratunek.
Poczułam jak moja mgła przerzedza się. Ktoś maczał w tym palce... czułam jak coś wysysa ją. No cóż. Trudno, teraz mogę się wycofać i zostawić wszystko Dick. Tak więc parłam do przodu aby znaleźć jakieś drzwi, ale najpierw muszę pogadać z moją starą znajomą. Dosłownie przeszłyśmy obok siebie mierząc się zawistnym wzrokiem.
 - A jednak wpadłaś. - przywitałam ją.
Dzierżyła w dłoniach dwie długie japońskie katany, wolałam się od niej odsunąć.
 - O ile wiem miałaś być bezstronna - zripostowałam.
Posłałam jej kpiący uśmiech.
 - Zmniejszam liczbę ofiar, a ty partaczysz całą koncepcje, zabijając ludzi Gabriela. Więc po co komu pokój? - sama rozumiałam się piąte przez dziesiąte, ale sens zdania trafił do kobiety, gdyż obróciła się i weszła we mgłę.
           Weszłam do budynku i zlokalizowałam Rubiena i Toma gdzieś w podziemiach. Postanowiłam dołączyć do nich, ale żołnierze musieli mi poprzeszkadzać więc unieszkodliwiłam ich. Jakby mnie ktoś śledził nie trudno by mnie znaleźć. Droga usłana nieprzytomnymi ludźmi naprowadziłaby tropiciela... a nawet idiotę na mój trop.
Poczułam zapach spalenizny i pokręciłam nosem. Przede mną szły jakieś Wrony. Wtopiłam się w powietrze i odsłuchałam ich.
 - ... zapakowali to. Możemy już zająć się transportem.
 - Widział was ktoś?
 - Nie. Dopilnowaliśmy, aby wszystko było po ciuchu.
Głosy zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Zmaterializowałam się i otworzyłam jakieś pierwsze lepsze drzwi. Buchnął na mnie odór spalenizny i oś huknęło, a potem spotkałam Rubiena i Toma i wszystko się wyjaśniło.



PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! że musieliście tak długo czekać. Nie mam się czym tłumaczyć, gdyż wiecie, że mi siadł komp i musiałam wszystko na nowo robić! Już nie umiem na to patrzeć!! Drugi raz to samo pisać to za dużo! Zwariować można!
Mam nadzieje, ze zaspokoiłam wasze oczekiwania, a jak nie to Dziecko naprawi ;**

Bujeczka ;***


Ps. Tak dla przypomnienia...
WAKACJE!!!!

niedziela, 15 czerwca 2014

Głupi wirus


Tu Bujka.
Otóż chciałabym was wszystkich przeprosić za moją tygodniową zwłokę. Miał być dziś rozdział, ale pierwszy i ostatni raz w życiu pisze notki w wordzie ;_; Mój komputer szlag trafił gdy poprawiałam notkę i wszystko się skasowało ;C Postaram się jak najprędzej dodać notkę... Naprawdę przepraszam ;C 

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział IX


     Czułem się świetnie, naprawdę. Zero stresu. Miałem wrażenie, że wyzwoliłem z siebie ukryte siły, które drzemały we mnie, czekając na ten właśnie dzień. Rozkwaszenie tego Człowieka Umysłu niczym pluskwę dało mi takiego kopa, że rozpierała mnie energia i miałem ochotę zrobić to jeszcze raz.
     Ha! Tak jakbym nazywał się Chuck Norris.
     Najgorsze było czekanie aż ktoś raczy powiedzieć mi cokolwiek. Z drugiej strony obecność tej rudej dziewczyny działała pokrzepiająco. Gdyby nie ona, nie wiem co bym zrobił, bo Panna Luiza wystawiła mnie do wiatru. Wredne auto. Alice uratowała Amy i byłem jej za to wdzięczny. Mimo wszystko siedzenie w szpitalnym korytarzu i oczekiwanie na słowo ze strony jakiegoś doktora działało mi na nerwy.
     - Śmierdzi tutaj. – mruknęła Alice, zakładając nogę na nogę i wzdychając ciężko. Miała rację, waliło szpitalem.
     - No, to trochę smutne.
     Dziewczyna spojrzała na mnie, przekrzywiając głowę. Jej czarne oczy lustrowały mnie od góry do dołu.
     - Wyluzuj. Mówię ci, jeszcze wzejdzie słońce. – poklepała mnie po ramieniu, uważając na swoje paznokcie. Zmrużyłem brwi, wzejdzie słońce?
     - Jesteś pogodynką, czy jak? – zapytałem, a ona zachichotała. A potem wybuchła śmiechem tak głośnym, że pielęgniarki patrzyły na nas krzywo.
     - To było niezłe. – skwitowała i ostrożnie wytarła mokre oczy do chusteczki, żeby nie rozmazać tuszu do rzęs.
     Patrzyłem na nią przez chwilę, kiedy ona poprawiała makijaż i przeglądała się w małym lusterku. Nie wiedziałem jak ją ocenić. Była zdecydowaną anarchistką, co rzucało się w oczy przez fryzurę. Ale miała też dobre serce, gdyby tak nie było, nie pomogłaby mojej siostrze. Alice była połączeniem demona z aniołem, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. I nieźle kręciła tyłkiem w „Landrynce”.
     - Co się gapisz? – rzuciła, wkładając cały swój arsenał kosmetyków do torebki. Nie miałem pojęcia gdzie jej się to mieści. – Dobrze wyglądam, jestem atrakcyjna?
     Zarzuciła jeszcze swoimi rudymi włosami. Nie wiedziałem, czy żartuje, a może mówi serio, ale powiedziałem jej prawdę. Powiedzmy.
     - Faceci polecą na ciebie. Jak matematycy na liczbę Pi.
     - Boże, Tom… Nie znoszę matmy! – odparła, dźwignęła się i poprawiła jeszcze bluzeczkę, po czym oparła jedną dłoń na biodrze, uśmiechając się zalotnie. – Idę poderwać jakiegoś młodego praktykanta, zaraz wracam.
     I ruszyła przed siebie pewnym krokiem, za to ja patrzyłem za nią, kiedy szła po schodach, modląc się, żeby nie złamał jej się obcas. Jak można chodzić na tak wysokich szpilkach? W głowie mi się to nie mieściło. Póki co zostałem sam jak palec, więc czekałem, obserwując wszystkich, którzy przewijali się przez korytarz. Pielęgniarki biegały w tę i z powrotem, a pacjenci łazili bez celu. Jakiś dziadek na wózku inwalidzkim przejechał po nodze młodego faceta ze złamaną ręką. Biedak. Babcia zaś okładała laską swojego męża, nazywając go starym prykiem. To było nawet zabawne. Ale nie na tyle, by poprawić mi humor. Kiedy pomyślałem o Amy, z którą nie wiedziałem co się dzieje, przechodził mnie dreszcz.
     - Pan Whitaker? – usłyszałem za sobą czyjś głos, a kiedy się odwróciłem, dostrzegłem faceta po czterdziestce, z lekkim brzuszkiem i w białym kitlu. Miał śladowe ilości włosów na głowie, ale za to zadbaną czarną bródkę i okulary na nosie. Trzymał w ręce jakieś karty czy coś.
     - Badał pan moją siostrę? – upewniłem się, podając mu dłoń. Lekarz uśmiechnął się pokrzepiająco i spojrzał do swoich notatek. – Wszystko z nią w porządku?
     - Bez obaw, opanowaliśmy sytuację. Dobrze, że szybko ją przywieźliście. - w tej chwili nagle spoważniał i powiało od niego chłodem. - Czy pan wie, na co ona choruje?
     To zabrzmiało jak oskarżenie.
     - Na arytmię.
     - Jakie leki przyjmuje?
     Zastanowiłem się nad jego pytaniem, ale poczułem pustkę w głowie. To mama pilnowała, żeby Amy jadła te świństwa, lecz…
     - Jakieś. Ale nie te najlepsze. – odparłem, a doktorek potaknął. Patrzył teraz na mnie jak na kogoś, kto jest winny skrzywdzenia tego cudownego dziecka Whitakerów.
     - Czyli osoba z arytmią, zaburzeniami rytmu serca, nie przyjmuje odpowiednich leków, które by ją hamowały, tak? – oburzył się, a ja włożyłem dłonie do kieszeni, zaciskając zęby. Ludzie potrafią być obłudni.
     - Rozumiem, że jest pan milionerem. Wypisze mi pan czek? – odparłem, a on aż się nadymał, stając się czerwonym na twarzy. Zawahał się jednak przez chwilę i odchrząknął, zaczynając od początku.
     - W jej przypadku arytmia jest powodowana zbyt małym stężeniem sodu. Amy powinna przyjmować zatem leki również na uzupełnianie braków tego pierwiastka.
     Świetnie. Czyli będę harować w „Landrynce” dwa razy więcej i zatrudnię się jeszcze w Mc’Donalds.
     - Co więcej, konieczne byłoby wszczepienie stymulatora serca, żeby zapewnić odpowiednią częstość akcji. – dodał, a ja omal się nie zachłysnąłem. Musiałem usiąść, bo bałem się, że za chwilę to ja będę miał atak serca. Wypuściłem powietrze z płuc.
     - Wiem o tym i staram się uzbierać na to pieniądze, ale… Kiedy? – zapytałem, a on wzruszył ramionami.
     - Im szybciej tym lepiej.
     Bosko. Uratuję jej życie, a sam zdechnę z przepracowania. Tyle że wtedy nie będzie kasy, żeby urządzić mi pogrzeb. Trudno. Westchnąłem i potarłem dłońmi twarz. Sprawa się zwaliła, myślałem, że z tą operacją można poczekać, a tu dupa. Może sprzedam samochód? Kto by chciał takiego gruchota, jestem skazany na robotę od rana do nocy. Zanim się zorientowałem, lekarz sobie poszedł, a na miejsce wróciła Alice.
     - Masz, napij się. – rzekła, a ja nawet nie podniosłem na nią wzroku. Byłem skołowany jak nigdy, nawet jak dostałem kapę w szkole, nie czułem się tak paskudnie jak dzisiaj.
     - Wódki?
     - Yyy, nie no, tu nie sprzedają. – mruknęła i sama westchnęła. – Chyba że pójdziemy na piwo.
     Wziąłem od niej kubek z kawą, który mi przyniosła. Popatrzyłem na nią; uśmiechała się sama do siebie.
     - Widzę, że polowanie się udało. – zagadnąłem, a ona znów zachichotała, klepiąc mnie po ramieniu. Kolejne diabelskie wcielenie Alice – urodzona flirciara.
     - Lekarze są słodcy, ale i głupcy, więc lepiej mieszaj drinki. – skwitowała i łyknęła kawy, a potem omal się nią nie zachłysnęła. Wytrzeszczyła oczy, a kiedy spojrzałem w tym samym kierunku, otworzyłem usta ze zdumienia.
     - Rubien. – mruknąłem, patrząc na Bandę Ruską, która zmierzała w naszą stronę. Zaraz się zacznie, recital godny „Jeziora Łabędziego”.
    
- Zasłabłeś, Tommy? – rzekł na wstępie, a zanim ja zdążyłem wymyśleć jakąś ciętą ripostę, na co w ogóle nie miałem ochoty, Alice wkroczyła do akcji. Tak jakbym o to prosił.
      - To nie powód do żartów.
      - Wybacz. Myślałem, że potknąłeś się i coś sobie złamałeś, gdy próbowałeś zabić człowieka – dodał, kiedy już się wyśmiał. Co za człowiek.
      Ameno
      - Jedyną osobą, która miała coś złamane, to ty. Czyżby w końcu udało ci się zostać dawcą nerek? Widzę, że miała miejsce mała kraksa. – rzekła Alice, uśmiechając się nieco pogardliwie, zerkając na brudne spodnie Rubiena. Ciekawe co robił, chłoptaś.
      Ameno dore
      - Czy my się znamy? – prychnął facet, lustrując rudowłosą od góry do dołu. – Nie rozmawiam z tobą, kobieto.
      - Doprawdy? Sądziłam, że masz dobrą pamięć. Najwyraźniej równie krótką, jak…
      - Czyżbym czegoś nie pamiętał?
      Machnęła włosami, rozwiewając w moją stronę woń swego mega drogiego perfumu.
      Ameno dori me
      - Z tobą nie warto nawet tańczyć. A co dopiero pozwolić sobie na coś więcej. Żal mi każdej kobiety, która miała okazję poznać cię bliżej. Nie jesteś w stanie zadowolić nawet szczura, a co dopiero… - dalej się z nim wykłócała, za to ja krążyłem wzrokiem od jednego do drugiego, bębniąc palcem w kolano.
      Ameno dori me
      Ameno dom

      - Nudna jesteś. Ciągle krążysz wokół jednego. Tak naprawdę chciałaś czegoś więcej, ale okazałaś się zbyt nieumiejętna, by doprowadzić to do końca – odparł oschle Rubien, a Alice już napinała mięśnie, żeby go rąbnąć. Ciekawe jakby to wyglądało. W sumie… szpital mamy pod ręką.  – Wiesz, co jest najgorsze? Kobieta, która nie potrafi w pełni używać swoich wdzięków!
      Oho, Ruda się wścieknie, teraz na poważnie.
     Dori me reo
    Ameno dori me
    Ameno dori me
    Dori me am

     - Bo mam ich aż nad to! A twoje oczy są niegodne oglądania ich i …
     - Możecie z łaski swojej w końcu zamknąć mordy?! – wrzasnąłem na nich, kiedy już nie wytrzymałem. Normalnie oczopląs z tą dwójką, w dodatku skończyła mi się piosenka, którą nuciłem w głowie. Szlag by to.
     A oni się śmiali, pajace. Tak jakbym powiedział coś zabawnego, czy wyglądam na aktora komediowego? Wzniosłem oczy ku niebu.
     - Moja siostra cierpi… - dodałem, ale nawet to nie podziałało. Zacząłem żałować, że sprzedałem temu facetowi tę wódę, serio.
     - Wiesz, co jest najlepszym lekarstwem na cierpienie? – zagadnął, a ja uniosłem w zaskoczeniu brwi. Bredził jak nic, może kroplówka?
     - Co?
     - Śmierć.
     Zmroziłem go wzrokiem. Zero mózgu pod kopułą, tylko tępa masa. Czy on nie miał rodziny, kumpli? Zgroza, jak można jarać się truposzami? Na urodziny kupię mu krem o zapachu padliny. Za to Alice starała się nie unosić kącików ust do góry.
     - To nie jest miejsce na śmiechy i tego typu kłótnie. – podjąłem ponownie, starając się doprowadzić ich do porządku. Marnie mi szło. – Alice, bądź choć trochę mądrzejsza! Po tej Bandzie Ruskiej można się tego spodziewać, ale po tobie…
     - Wyluzuj, koleś, bo ci stanie. – przerwał mi kolega zombie, klepiąc mnie w ramię. Szczęka mi opadła. Brak słów, idę się powiesić. – Nie wiedziałem, że jesteś Alice – zwrócił się do rudej – Nawet imię masz nudne.
     Ameno…
    
- Za to twoje jest cholernie kreatywne!
    Tak, dowal mu, a co! Ja pieprzę, muszę stąd iść. Walki kogutów nigdy mnie nie szpanowały.
     Trwało to jeszcze długo, kłócili się jak dzieci, on nie miał butów i latał po szpitalu jak pustelnik, który jest bezdomny, w dodatku to mnie się dostało, że zakłócam spokój. A potem Rubiena zaczęli ścigać jacyś faceci z FBI czy inne licho, więc poszedł! Aż się kurzyło. A może on jest seryjnym mordercą, który biega na bosaka? W sumie bym się nie zdziwił po tym, jak wybawicielka mojej siostry nazwała mnie gwałcicielem.
     - Jaki on jest irytujący! – wściekała się dziewczyna, krążąc po całym holu tam i z powrotem. Omal nie wywróciła jakiegoś chłopaka o kulach, ale nawet go nie zauważyła. – W życiu nie spotkałam większego samoluba! Jest podły, obrzydliwy, wulgarny i nie szanuje kobiet! Jeśli jeszcze raz go spotkam, to nogi z dupy powyrywam!
     - Nie wrzeszcz tak, bo zaraz nas stąd wywalą!
     - Myślisz, że mnie to obchodzi? A ty postaraj się następnym razem i pomóż mi! – fuknęła, odwróciła się plecami i kołysała na piętach. Wkurzona puma – kolejne wcielenie. – Zawsze jesteś taki niewinny?
     - Alice, daj spokój. Siadaj, zanim rozniesiesz to miejsce w drobny mak. – powiedziałem, starając się nie podnosić na nią głosu. Zawahała się, jednak po długiej chwili namysłu wywróciła teatralnie oczami i siadła na krześle, jakby to była największa kara jaką dostała. – Szczerze? Byłaś niezła.
     Ruda z całych sił starała się nie uśmiechnąć dumnie. W końcu nie wytrzymała.
     - Wiem. Faceci są po to, żeby owijać ich wokół palca, zapamiętaj to.
     Zmarszczyłem brwi, starając się przefiltrować to, co właściwie chciała przez to powiedzieć. Znów wywróciła oczami.
     - Nie, nie jesteś babą, koleś, w ogóle to… zamilcz. – odparła i odwróciła wzrok. Po chwili siedzenia w ciszy w końcu zaczęła oddychać spokojnie, jednak dalej nic nie mówiła.
      Do czasu, później zamieniła się w katarynkę.
      - …A potem Demon nagle pojawił się z powrotem, on ma tendencje do wyskakiwania przez okno, wiesz jak się bałam, że zrobi sobie krzywdę? A gdy jechałam z nim samochodem, jednym z moich ulubionych, ma taką śliczną białą tapicerkę, to Demon siedział jak trusia, a oczy wychodziły mu na wierzch, chyba myślał, że zaraz się gdzieś rozbijemy, bo jechałam dosyć szybko. Ale czy ja spowodowałabym jakikolwiek wypadek? Cóż… tylko raz spuściłam dawcy nerek powietrze z kół, a ty też tam byłeś, nie? Tak, to był twój czerwony gruchot, moja pamięć fotograficzna jednak mnie nie myli, czekaj no… jak ją nazwałeś? Karna Schiza?
      - Panna Luiza.
      - Właśnie! Dziwię się, że to w ogóle jeszcze jeździ, powodując zagrożenia w ruchu drogowym. Przecież omal się wtedy z nią nie zderzyłam i jeszcze dym leci jej spod maski! A skąd wiesz, że to dziewczynka, może ją to boli i chce być chłopcem!
      - Alice! – przerwałem jej, kiedy głowa zaczynała mnie już boleć od słuchania jej życiowych historii o psach i markowych samochodach. – Zawsze tyle mówisz?
     Dziewczyna zamrugała i przeczesała ręką włosy, po czym znów na mnie spojrzała.
     - No tak.
     Westchnąłem ciężko i rozmasowałem skronie. Jak tak dalej pójdzie, mój mózg nie będzie w stanie kodować tych wszystkich informacji, jakie ona próbowała mi przekazać.
     - To powiedz ty coś. – dodała i założyła ręce na piersi. – Co ci się ostatnio przytrafiło, wyżal się, może leży ci coś na sumieniu…
     Na pewno żałowała, że w ogóle to zaproponowała. Po paru minutach gadania właściwie o wszystkim i o niczym, nawet Alice chwytała się za swoją rudą czuprynę.
     - …To beznadzieja, wiesz jak to jest przebywać w towarzystwie ćpunów? Są zjarani, upici i w dodatku strasznie uparci, a kasa jest dla nich gwarancją życia. Gdybym jej im nie dał chociaż raz, bądź byłoby jej za mało, zamieniliby mnie w wycieraczkę, którą prędzej czy później by zarzygali. Nawet nie szanują muzyki Michaela Jacksona! Zawsze chciałem wybrać się na koncert jakiejś mega gwiazdy, ale nie, bo nie ma szmalu! Czuję się, jakby ktoś zamknął mnie w klatce. Albo lepiej, zamienił w Syzyfa i kazał toczyć głaz na szczyt góry, w nieskończoność! Kiedyś sprzedawałem żarcie w KFC i wiesz co, Alice? Zresztą… ty i tak pewnie nie jesz tych śmieci i bardzo dobrze. Ale z kasą to u ciebie jak z nowymi parami butów. A ja haruję jak wół i co? Gówno. I jeszcze własne auto ma mnie dosyć, jak mogła mi to zrobić i nie chcieć odpalić? Wiem, że nie zawsze pozwalałem jej na kąpiele w oleju, ale jednak, była moim samochodem, jeżdżę nią od pięciu lat! Już wtedy była stara, ale dałem jej nowy lakier, niewdzięcznica. Amy lubiła jeździć na tylnim siedzeniu, myślała wtedy, że jest królową i podróżuje w limuzynie. Biedna Amy, jest jeszcze mała, a spotyka ją więcej nieszczęścia niż innych. Widziała, co wydarzyło się na tym placu w Podziemiu. Musiało zrobić jej się słabo, kiedy ten facet zamienił się w miazgę. Boże… zabiłem go niechcący. Biedak, rozgniotłem go jak pluskwę. Wcale nie miałem ochoty robić tego, co kazał ten czubek Gabriel, ale musiałem ratować tego frajera, w sumie… ciekawe co się z nim stało, zemdlał na widok krwi. Aż boję się spojrzeć mu w oczy po tym wszystkim. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe? Przecież robię co mogę, żeby wszystkim ulżyć, a sam wiszę na końcu łańcucha pokarmowego. Oglądałaś „Króla Lwa”? Jestem jak te nieszczęsne hieny. Czuję się jak robak, którego każdy może teraz zgnieść, to naprawdę beznadziejne.
     Alice gapiła się na mnie z otwartą buzią, wydając z siebie przeciągłe „eee…”. Fajnie, dobrze, że chociaż ona mnie rozumiała.
     - Rzeczywiście, hieny miały przerąbane. – stwierdziła w końcu, a ja ukryłem twarz w dłoniach.
     - Przecież wiem!
     - Ale, skoro czujesz się źle, to powinieneś coś z tym zrobić. Rozładować swoje emocje.
     Miałem ochotę wrzasnąć z wściekłości na własny los, który tak bardzo mnie nienawidził.
     - Masz rację. – stwierdziłem po chwili, zrywając się z krzesła i ruszając przed siebie, cały czas patrząc w jej stronę. – Idę komuś przypier…
     I wtedy stanąłem twarzą w twarz z moimi rodzicami.
     - …dolić. – skończyłem i odchrząknąłem, patrząc na każdego z nich po kolei, jak również na Rudą, która nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Mamo, tato, to jest Alice.
     Mima matki sprawiła, że się przeraziłem. Niemalże podskoczyła z radości, a tata odsunął się od niej asekuracyjnie.
     - Tommy, masz dziewczynę? – zawołała radośnie, podchodząc do rudowłosej i ściskając ją mocno. Bałem się, żeby jej nie pogniotła, jeszcze będę musieć zapłacić za jej ubranie. Póki co oczy wyszły mi na wierzch, wymieniłem się spojrzeniem z Alice, po czym oboje wykrzyknęliśmy:
     - NIE!
     Zrobiło mi się gorąco. Jak ona mogła pomyśleć, że jesteśmy razem. Nawet ojciec poprawił swoje krzywe okulary i wypuścił powietrze z płuc, trawiąc tę fałszywą informację. Mama za to zalewała Alice pytaniami.
     - Gdzie się poznaliście, na dyskotece? Na pewno Tom cię podrywał, zgadłam? Skąd pochodzisz, dziecko, kim są twoi rodzice, gdzie pracujesz? Masz samochód? I dlaczego masz takie dziwne włosy?
      Myślałem, że odpowie jej coś w rodzaju „Żebyś mnie mogła zauważyć, babciu Czerwonego Kapturka”, ale ona zbyła ją uśmiechem, wyślizgnęła z uścisku, pochwyciła mnie i zawlokła na stronę.
      - Musisz ją przekonać, że to nieprawda, nie mam zamiaru bawić się w teatr. – rzekła i kątem oka, bardzo ostrożnie, spojrzała w kierunku moich rodziców. – Starzy potrafią namieszać.
      - Racja. Wyślę jej umysłową wiadomość, kiedy będzie spać.
      - Czemu wtedy?
      Wzruszyłem ramionami.
      - Łatwo jej wmówić wiele rzeczy. Na przykład, że nie ma wywiadówki albo powinna upiec murzynek.
      Alice uśmiechnęła się, po czym zaproponowała, żebyśmy wymienili się telefonami, uważając, że chce wiedzieć co będzie się działo z Amy w najbliższym czasie. Kiedy zobaczyłem jej komórkę doszedłem do wniosku, że ja jestem hieną, a ona Mufasą. Jej poduszki jak widać były wypchane banknotami, nie pierzem.
      - W porządku, to ja już uciekam, muszę zająć się moją rabatką i psami. – rzekła, odrzuciła włosy i posłała buziaka, jak to zwykły robić dziewczyny. – Tylko zadzwoń.
      I już odwróciła się na pięcie, lecz ja ją zatrzymałem, przez co omal nie wywinęła orła do tyłu. Chwyciłem jej ramię odrobinę zbyt szybko.
      - Poczekaj jeszcze. – powiedziałem, patrząc na jej oburzoną minę, że prawie złamała sobie obcas. – Dziękuję ci. Wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
      Alice podniosła kącik ust i dała sójkę w bok.
      - Okej. Będę pamiętać. Jeśli zachoruje mój barman, odezwę się. – zażartowała, na co oboje się roześmialiśmy, a moi rodzice obrzucili nas zdziwionymi spojrzeniami. A później Alice udała się w głąb korytarza. Długo jeszcze za nią patrzyłem, utwierdzając się w przekonaniu, że tysiąc wcieleń Alice zaskakuje mnie pozytywnie.
      Nawet nie zauważyłem, że starzy gapią się na mnie przenikliwie.
      - Mogłeś nam powiedzieć, że masz dziewczynę. – fuknęła mama, zakładając ręce na piersi. Westchnąłem z rezygnacją i popatrzyłem na nią.
      - Ona nie jest moją dziewczyną. I wcale jej nie podrywałem, oszalałaś? Nie wyrywam lasek w pracy!
      Tata podniósł rękę, więc udzieliłem mu głosu.
      - Co ma wspólnego laska ułatwiająca starszym ludziom chodzenie z pracą za barem? – zapytał, a ja klepnąłem się w czoło. Dobra, dzisiaj się z nimi nie dogadam.
      - Nie przejmuj się ojcem. – odparła mama, uśmiechając się szeroko. – Zaproś swoją dziewczynę na obiad, chcę ją lepiej poznać. Ugotuję pierogi.
      - Mamo, nie, nie będzie obiadu!
     Cofnęła się aż do tyłu, a w oczach pojawiło się przerażenie. Jej usta zadrżały.
      - Nie lubi jeść?
     Och, co za kobieta.
     Ameno
    
Wziąłem głęboki oddech, poleciłem rodzicom, by porozmawiali z lekarzem, przez co zaczęli besztać się za to, że chwilowa radość z mojej rzekomej dziewczyny tak bardzo ich zaślepiła, iż zapomnieli o swym chorym dziecku, więc pognali przez korytarz tak szybko, że wszyscy pacjenci schodzili im z drogi w obawie o własne życie. Ja zaś w końcu mogłem pójść do Amy i z nią pogadać.
     - Myślałam, że o mnie zapomniałeś. – rzuciła na wstępie, wydęła usta i założyła ręce na piersi. – Jestem śmiertelnie obrażona.
     Cieszyłem się, że była w dobrym nastroju. Wyglądała nawet całkiem dobrze. Siedziała w swoim łóżku, a aparaty ustawione koło niej piszczały cicho. W pokoju znajdowało się miejsce dla jeszcze jednego pacjenta, ale moja siostra zdawała się być szczęśliwa z faktu, że ona – królowa – nie musi z nikim go dzielić.
     - Opowiedzieć ci żart? – zapytałem, siadając przy niej na taborecie. Amy pokiwała głową. – Pamiętasz tę rudą dziewczynę? Mama myśli, że jesteśmy parą i nie przyjmuje sprzeciwu.
     Amy wystawiła język i wydała z siebie przeciągłe „bleeee”.
     - Całowaliście się? – rzekła, krzywiąc się na samą myśl. Zmarszczyłem brwi, zastanawiać się, czy aby na pewno w „Kucykach Pony” nie ma mowy o pocałunkach. Chyba czas zacząć kontrolować jej programy telewizyjne. – Co z Davidem?
     Zaskoczyło mnie to pytanie, a moje serce zabiło mocniej. Widziałem, że teraz będę musiał wytłumaczyć jej jakoś to wszystko, a w ogóle nie miałem na to ochoty.
     - Nie wiem, ale mam nadzieję, że jest cały.
     - Przestraszył się wtedy. Tak jak ja.
     Amy patrzyła na mnie teraz niepewnie, mieląc w palcach pościel. Czułem się teraz okropnie, jakbym popełnił jakąś zbrodnię. Cóż, powiedzmy, że właśnie tak było.
     - Bałaś się mnie wtedy? – zapytałem, nawet nie mając odwagi, by spojrzeć jej w oczy. Byłem jak hiena. Amy jednak nic na to nie odpowiedziała, ale ja znałem prawdę. – Słuchaj, wiem, że to było… okropne. I złe. Przepraszam, że musiałaś patrzeć na śmierć kogoś, kto na nią nie zasłużył.
     - Dlaczego inni też umierali?
    Byłem pod wrażeniem, jak ona jest silna. Potrafiła swobodnie o tym rozmawiać, a przecież na jej oczach życie straciło masę osób. Byłem z niej dumny.
     - Taki był rozkaz nowego króla. – odparłem, a ona zmrużyła oczy.
     - On nie może być królem. Jest zły, tak jak Skaza. To on zabił Mufasę, który był dobry.
     Uśmiechnąłem się, przypominając sobie moje wcześniejsze rozmyślenia na temat „Króla Lwa”. W każdym razie znów podziwiałem jej kojarzenie faktów i to, że potrafiła odróżnić dobro od zła, choć była jeszcze dzieckiem. Poczochrałem jej włosy, przez co się oburzyła.
     - Jesteś świetną dziewczynką, Amy, bardzo mądrą i dzielną. Kiedyś ludzie będą cię za to szanować. – powiedziałem, a ona wyszczerzyła się szeroko, po czym zarzuciła mi swe chudziutkie rączki na szyję. 
     - Fajnie, że jesteśmy rodzeństwem, nie?
     Roześmiałem się, a ona przytuliła się mocnej.
     - Nawet bardzo. Wiesz jak tata szalał, kiedy dowiedział się, że będzie miał córkę? Biegał z widłami po ogrodzie i wrzeszczał, że ma miecz świetlny. A oprócz tego, że zostanie tatą.
      Amy odsunęła się, popatrzyła na mnie ciekawsko, na co uniosłem brwi. Powiedziałem coś nie tak?
     - Trzeba znaleźć ci dziewczynę, Tom. – stwierdziła, przez co omal się nie zachłysnąłem. – Już ja się tym zajmę.

***


     Miałem zamiar pójść spać, żeby oderwać się od rzeczywistości. Myślałem, że po rozmowie z Amy i Alice odrobinę mi ulżyło, lecz kiedy w końcu znalazłem się w domu, a rodzice stracili humor na dobre, nie miałem ochoty nawet na świeży boczek. Przejęli się bardzo tym, że ich córkę czeka operacja, a ich na nią nie stać. Do tego dochodziła jeszcze sprawa z Podziemia, co chyba dopiero po czasie zaczynało gryźć ich sumienia. Wiedziałem, że byli zmuszeni kogoś zabić, ale nie chcą o tym mówić, więc nie pytałem. Każdy czymś się zajął – mama prasowała ubrania, a tata grzebał w jakimś urządzeniu, nawet nie pytałem co to jest. Panowała cisza w domu, jakiej od dawna nie było. W dodatku przez nieobecność Amy, która została w szpitalu do jutra, również czuliśmy się osamotnieni. Czuliśmy się tak, jakby ktoś umarł, choć niedaleko nasz stan odbiegał od rzeczywistości.
     Myłem zęby w łazience, kiedy mama zapukała i oznajmiła:
     - Tom, koledzy przyszli.
     Odmruknąłem jej coś niezrozumiałego przez pianę w ustach, będąc przekonanym, że to DJ z Julią wpadli z wizytą. Trochę mnie to zdziwiło, że mój kumpel pozbierał się po wszystkim tak szybko. A Julia miała być przecież poza miastem. Nie zważając jednak na to, dokończyłem toaletę i poszedłem do pokoju, gdzie miałem ich zastać. Kiedy przeszedłem przez próg, już otworzyłem usta, by coś powiedzieć, lecz wtedy mnie zamurowało.
     Przy moim oknie stało trzech wielkich facetów ubranych w granatowe bluzy z Chalsea Londyn, z fryzurą na rekruta i dłońmi schowanymi w kieszeniach. Na łóżku zaś siedział chuderlawy facecik bawiący się kostką Rubika. Kiedy wszedłem, podniósł na mnie wzrok.
     - Skręt? – zdziwiłem się, nie wierząc własnym oczom. Misie G wyciągnęły ręce z kieszeni i założyły je na wielkich piersiach. – Co tu robicie?
     Skręt wstał, odłożył kostkę, podszedł do mnie, a wyraz jego twarzy przypominał zbitego psa, po czym rzucił mi się w ramiona i ryknął płaczem.
     - Och, Sammy, jak dobrze, że jesteś z nami, że pomogłeś mi wyrwać się wtedy z tego Podziemia, ale… Nie mogę pogodzić się ze stratą szefa! – zajęczał, pociągając nosem, a ja zrozumiałem. Przecież Roki i jego kuzyn Loki zostali zgładzeni za niebycie Ludźmi Umysłu. Misie G otarły jednocześnie łezki z policzków. – Czuję się taki bezradny…
     Po długim szarpaniu się z jego ubrudzoną czarną koszulą, w końcu udało mi się odsunąć go od siebie. Patrzył na mnie żałośnie, smarki leciały mu z nosa, a oczy miał czerwone od płaczu. Ale co najbardziej mnie zdumiało – nie śmierdział alkoholem.
      - Jesteś trzeźwy? – zapytałem z niedowierzaniem, przywołując do ręki paczkę chusteczek. Strup pokiwał głową i wysmarkał się.
      - Jestem zbyt nieszczęśliwy, by pić. – odparł i dmuchnął jeszcze raz. Postanowiłem nie mieszać się do jego sposobu bycia. Jak widać on pije, kiedy jest mu dobrze, a gdy dzieje się źle, woli płakać. – Musisz nam pomóc, Sammy.
      Nie pojmowałem, dlaczego wymyślił sobie, że nazywam się Sammy. Ale bardziej zaskoczyło mnie to, co właśnie powiedział. Zmarszczyłem brwi, patrząc na niego pytająco.
      -  Nie mamy przywódcy! – zawołał, tak jakby to było oczywiste. – Zostałem sam z trójką jednakowych Misiów, którzy nawet ze mną nie lamentują. Chyba łączą się w cierpieniu mentalnie, czy coś.
      Odszedłem od niego parę kroków, doskonale rozumiejąc o co mu chodzi. I w ogóle mi się to nie podobało.
      - Nie, Skręt, ten plan się nie uda. Nie będę zastępować Rokiego, oszalałeś? – rzuciłem, a on mielił w ręce chusteczkę. Zdawał się zaraz rozbeczeć na nowo. – Skręt… Nigdy nie byłem w waszej dilerskiej paczce, jasne? I szczerze mówiąc, nie chcę do niej dołączać, a tym bardziej zostawać szefem.
      - Ale… Ale byłeś dobrym dilerem, zawsze miałeś kupę forsy!
      - Wiem. Wybacz, nie chcę dłużej sprzedawać prochów. – odparłem i już miałem wrażenie, że on zaraz się rozbeczy. Misie G zbliżyły się niebezpiecznie, a Skręt padł przede mną na kolana, czego się nie spodziewałem.
      - Błagam cię! Nie możesz nas zostawić! – jęczał, machając złożonymi rękoma w moją stronę. – Bez Rokiego i Lokiego jesteśmy bezużyteczni, nie wiemy co robić. Mamy masę towaru na zapleczu, wystarczy dobrze nim pohandlować i będziemy mieć kasę. Nie jara cię to? Wiesz ile szmalu możemy zarobić? Z tobą?
      Znów to samo uczucie. Wizja pieniędzy, za które moja siostra odzyska zdrowie. Wizja, że ja nie będę musiał harować jak wół. Popatrzyłem na Skręta, jak beznadziejnie wyglądał, wyczekując mojej odpowiedzi. Nawet bez whisky i maryśki wyglądał jak on sam. Jak Skręt, który nie potrafi żyć bez używek. Nie miałem zamiaru tak skończyć.
      Chwyciłem go za ramiona i dźwignąłem, patrząc w jego czarne oczy.
      - Jak masz naprawdę na imię? – zapytałem, a on zamrugał. Misie G wydały z siebie pomruk zaskoczenia. Rzeczywiście, w ich przypadku używanie normalnych imion jest rzeczą dziwną.
      - Jonny. – odparł po chwili, mówiąc cicho, aby nikt tego nie usłyszał. – Tylko mama tak do mnie mówi.
     Pokiwałem głową, po czym odwróciłem się do tych dwumetrowych ochroniarzy.
     - A wy, panowie?
     Zdziwiłem się, że bez zastanowienia odpowiedzieli mi swoimi całkiem różnymi głosami. Przypominało to gamę; od najniższego do najwyższego.
      - Gerard.
      - Gustav.
      - George.
      - Posłuchajcie, wcale nie potrzebujecie szefa, żebyście sami mogli do czegoś dojść. – rzekłem, patrząc na każdego z nich po kolei. Słuchali mnie uważnie. – I nie jesteście bezwartościowi. Na pewno macie swoje pasje, coś, co kochacie robić. Tylko ten cały handel przesłonił wam oczy i sprawił, że się pogubiliście.
       - Ja to zawsze lubiłem grać w hokeja. – powiedział Gerard, opierając ręce na biodrach. Wyglądał dumnie. – Byłem napastnikiem.
       - A ja robiłem budowle z kleju i zapałek. – dopowiedział Gustav, uśmiechając się chyba pierwszy raz w życiu. Nie wiedziałem, czy cieszyć się razem z nimi, czy raczej uważać na ich chwilowy dobry nastrój.
       - Ja kolekcjonowałem znaczki. – mruknął jeszcze George, mówiąc najbardziej nieśmiałym głosem, ale chyba się wstydził. Poklepałem go po ramieniu.
       - Mój tata ma aż trzy klasery, może ci je pokazać. – powiedziałem do niego, a on uniósł głowę i zachichotał. – Widzicie? Nie musicie być tylko dilerami. Możecie być kim chcecie, ale wymagajcie od siebie i skończcie z nałogami. Zgodzisz się, Jonny?
       Stał przez chwilę w smutku, dłubiąc w uchu. Później westchnął i wzruszył ramionami.
       - Kiedyś byłem aktorem. Grałem w przedstawieniach dla dzieci. – rzekł i uśmiechnął się na samą myśl o tamtych chwilach. – Ale jak mielibyśmy się zmienić? Co robić, żeby mieć na jedzenie? Gdzie mieszkać? Skąd brać szmal?
       Zastanowiłem się przez chwilę, drapiąc się po głowie. I wtedy wpadłem na genialny plan.
       - Już ja to załatwię, chłopaki.

***

       Telefon od DJ’a zarówno sprawił, że mi ulżyło, ale również spotęgował moje obawy. Bałem się najgorszego – że już nigdy nie będziemy takimi kumplami jak dotychczas.
      Poszedłem jednak na spotkanie z nim. Oznajmił, że będzie czekał na mnie w parku. Jego głos był poważny i spokojny, właściwie bez emocji. On nigdy nie mówił w taki sposób.
       Park był jednym z niewielu miejsc w Gocewii, gdzie zieleń zajmowała tak duży obszar. Było tu wiele ścieżek do spacerowania, biegania i jazdy na rowerach. Dzieci bawiły się i rzucały freezbe, ludzie wychodzili na spacery z psami, a na ławkach siadali zakochani. Na jednej z nich, osamotniony siedział mój kumpel. Gdy się zbliżyłem, on mnie nie zauważył. Miał słuchawki w uszach i zamknięte oczy. Kiedy zająłem miejsce koło niego, wyciągnąłem jedną i włożyłem do ucha, zamiast remixu jakiejś piosenki usłyszałem…
      - Mozart? – zapytałem, nie wierząc własnym uszom. Właśnie słuchałem symfonii jednego z największych kompozytorów, ale nie mogłem nadziwić się, kto się nią dosłownie delektował.
      - Podobno, gdy jest się w ciąży, dziecku powinno puszczać się muzykę Mozarta. – odparł DJ, dalej nie otwierając oczu. Siedział prosto na ławce, właściwie nie wykonując żadnych ruchów. Szczęka mi opadła. Czyżbym zamiast DJ musiał nazywać go Wolfgang?
      - Nie chcę cię zmartwić, ale ty nigdy nie będziesz w ciąży, koleś.
      Otworzył jedno oko. Jego wzrok mnie przeraził.
      - W takim razie moja żona będzie słuchać muzyki klasycznej, a dziecko grać na fortepianie.
      Wybuchłem śmiechem. Byłem przekonany, że on nauczy kiedyś swojego dzieciaka używać konsoli, nie tak wspaniałego instrumentu jakim był fortepian. Jego powieka ponownie opadła, więc spoważniałem i wyjąłem słuchawkę.
      - Dobra, stary, co ci jest? – zapytałem i wyłączyłem jego MP3. DJ o dziwo się za to nie oburzył.
      - Nic. Jestem po prostu wrażliwy na piękno, ty nie?
      - Czyli co? Zaczniesz śpiewać w chórze?
      - Drogi przyjacielu, ciszej, chcę posłuchać „Requiem”
      - Jasne, może od razu „Marszu żałobnego”.
      DJ odwrócił ku mnie wzrok i spojrzał z wyższością. Nie wiedziałem, co mu odbiło. Po chwili gapienia się na mnie jak idiota, w końcu westchnął z irytacją, zgarbił się i opadł na oparcie ławeczki.
      - Niech ci będzie, klasyka nie jest dla mnie. Słucham tego od godziny i czuję, że łeb mi zaraz eksploduje. – rzekł, a ja nie mogłem się nie roześmiać. Klasyka była w porządku, ale zdecydowanie nie pasowała do sposobu bycia mojego kumpla.
      - DJ… jakim cudem wydostałeś się z Podziemia? – spytałem niepewnie, nie chcąc wchodzić na grząski teren. Ale po prostu musiałem to wiedzieć, jakoś nie chciało mi się wierzyć, że wyszedł sobie jak gdyby nigdy nic.
      Wzruszył ramionami.
      - Obudziłem się w jakimś pomieszczeniu, nikogo nie było w pobliżu, więc wylazłem przez okno. – odparł, a mnie szczęka znów opadła. Zawsze wiedziałem, że on jest w czepku urodzony, ale żeby do tego stopnia? – Nie patrz tak, mówię jak było. – westchnął i zacisnął powieki. – Stary… moje życie należy teraz do ciebie. Nie ma słów, by wyrazić, co czuję. Miałem wtedy wrażenie, że znalazłem się w jakimś koszmarze i nie mogłem ocknąć. Nawet pogodziłem się z tym, że za chwilę ktoś odrąbie mi głowę, ale wtedy pojawiłeś się ty! Jesteś jak Superman! Mówię poważnie, teraz będę ci służyć, o wielki.
        Nie wiedzieć czemu DJ złożył dłonie i pochylił przede mną głowę jak w tych wszystkich filmach. Przechodząca obok nas starsza kobieta aż poprawiła swoje okulary ze zdziwienia, więc szturchnąłem go w bok.
       - Daj spokój, booby. To nie średniowiecze. – odparłem, a on znów wypuścił powietrze z płuc. – DJ, to już się skończyło, nie musisz się bać.
        - Wcale się nie bałem! – oburzył się, lecz nic mu na to nie odpowiedziałem. Sam spuścił głowę. – No dobra, bałem się jak cholera. To było najstraszniejsze przeżycie jakie mnie spotkało. A wiesz co było najgorsze? Że pomimo tylu ludzi dookoła, czułem, że jestem całkiem sam. Dziękowałem jednak losowi, że Julia wyjechała z miasta.
        - To fakt. Nie mówmy jej o niczym.
        - Co? Nie! Żartujesz, człowieku? Powinieneś być sławny, na pierwszych stronach gazet!
        - DJ, uważasz zabicie człowieka za coś honorowego? – odparłem i zmroziłem go wzrokiem, przez co trochę się speszył. Przetarłem oczy i odetchnąłem. – Nie mówmy o tym. To już za nami.
        - A co z Amy? Mówiłeś przez telefon jakiś bełkot, że miała zawał, czy coś…
       Klepnąłem go w głowę.
       - Sam jesteś zawał, głupku. Pomogła nam taka jedna z „Landrynki”, nadziana w cholerę, w dodatku ruda. Moi rodzice żyją w przekonaniu, że to moja dziewczyna.
      - A co? Brzydka? – zapytał, wypychając usta orzeszkami, które nagle zmaterializowały się w jego dłoni. Zdałem sobie sprawę, że on rozmaite rzeczy nosi w swojej czarnej bluzie. Albo w dziurawych trampkach.
       - Nie no, fajna, ale…
       - Co ale, stary! Trzeba było kuć podkowę póki gorąca!
       - Chyba żelazo.
       - Nieważne, chemia nigdy mnie nie lubiła. – odrzekł, plując orzechami. Zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno siedzenie tu z nim nie przyniesie mi obciachu. Podsunął mi paczkę pod nos. – Wiem, że chcesz. Orzeszki mówią „zjedz nas, no zjedz…”
       - Głupi jesteś i tyle. – mruknąłem i wyrwałem mu je z ręki, przez co zapiszczał jak baba. – Alice nie jest jakimś żelazem, które trzeba kuć, chłopie.
       DJ zamlaskał i wydął usta.
       - Chyba już wiem co ci jest. Symptom nieudanego flirciarza!
       - Co?
       - Spokojnie, nauczę cię. – klepnął mnie po ramieniu i wstał, otrzepując bluzę z okruszków. – Widzisz tamte dwie kobietki na ósmej? Patrz na mistrza, uczniu.
       Ku mojemu zdziwieniu DJ strzelił knykciami, karkiem, rozluźnił mięśnie i pewnym siebie krokiem podszedł do nieopodal siedzących na ławce dwóch czarnowłosych dziewczyn. Usiadł koło nich, nachylając się blisko i posyłając zalotne uśmiechy. A te chichotały, podczas gdy on słodził im pustymi słówkami. Żenada.
       - Chciałbym ci przypomnieć, że masz narzeczoną. – rzuciłem w jego stronę, a ten aż sczerwieniał na twarzy. Dziewczyny popatrzyły po sobie, po czym jedna walnęła go w głowę książką, którą trzymała w ręce. Później odeszły, a on wołał za nimi, że wcale mnie nie zna i z pewnością jestem chorym psychicznie człowiekiem.
       - Zawsze musisz wszystko psuć?! – ryknął w moją stronę, a ja wzniosłem oczy ku niebu. – Tom, chyba nie chcesz zostać starym kawalerem z kotem na kolanach?
       - Nie lubię kotów, gdybyś nie wiedział.
       - Chodź tu, chłopie, a mnie nie denerwuj. – syknął i palcem wskazał na chodnik, co chyba oznaczało, że powinienem stanąć w tym właśnie miejscu. Zakląłem pod nosem i wolnym krokiem ruszyłem w jego stronę. Kiedy już się tam znalazłem, ścisnął moje ramię i wyszeptał: - Brunetka przy budce z lodami. Ruszaj.
       - I co mam je powiedzieć? Ej, śliczna, lubię twój zderzak?
       Zanim się spostrzegłem, usłyszałem za sobą warkot. W ostatniej chwili szybko uchyliłem się przed ciosem z torebki wymierzonym przez babcię o nienaturalnie dużej trwałej na głowie. DJ nie miał tyle szczęścia.
       - To nie do pani, jasne? Mniej agresji! – rzuciłem, a ona wydęła pierś i poszła dalej. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, by DJ mógł wytrzeć krew, która wyciekła mu z nosa. – Nie uważasz, że kobiety są jakieś inne? Wszystko biorą dosłownie.
       - Nie dziwię się, skoro poderwałeś babcię na fajny zderzak.– mruknął DJ i pociągnął nosem, odchylając głowę do tyłu.
       - Nie tak, booby, siadaj i głowa między nogi. – rzekłem i posłałem go z powrotem na ławkę, każąc mu ścisnąć nos. – Zapytam, czy nie mają lodu. A ty się nie ruszaj, jasne?
        Już odwróciłem się w stronę budki z lodami, kiedy on złapał mnie za ramię, ciągnąc do tyłu.
       - Zagadaj, mówię ci. Tylko bez podrywów na matematyka lub biologa, to nie działa.
       - Znawca się odezwał. – odparowałem i wyrwałem mu się. – Pamiętaj, że to ja zeswatałem się cię z Julią.
       - A sam jesteś forever alone!
       - Odwal się, idioto, nie potrzebuję dziewczyny! Jestem samowystarczalny, więc przymknij mordę i posłuchaj lepiej Mozarta. Zaraz wracam.
      

Nie wiedziałem, co się wszystkim stało, że chcieli mnie wyswatać. Tyle że nie rozumieli po ludzku. Świat faceta bez kobiety jest po prostu piękniejszy i tyle. Tym bardziej, jeśli facet sam sobie potrafi ugotować obiad.
        Podszedłem do tej budki z lodami i zapytałem sprzedawcę, czy ma lód. On, będąc nieogarniętym, pokazał mi całą wystawę różnych smaków, począwszy od truskawkowych po czekoladowe.
       - Nie taki lód, raczej zamarznięta woda.
        Wtedy go olśniło i zaczął opowiadać, że nie prowadzi sprzedaży sorbretów. Szkoda mojego czasu, naprawdę. Całe szczęście dziewczyna, którą teoretycznie miałem poderwać, poszła sobie, więc DJ nie musiał machać rękami i mnie dopingować. Jednego problemu mniej.
       - Taki w kostkach, można go dać do zimnych napojów, w woreczku. – tłumaczyłem dalej sprzedawcy, który chyba był Włochem, bo ciągle mówił si, si, uśmiechając się jak gdyby nigdy nic. Schylił się gdzieś, buszując w swojej budce. Wreszcie, po dobrym kwadransie, wyskoczył w górę, dzierżąc w łapie worek z lodem. O dziwo nie chciał za niego pieniędzy, więc wziąłem go i odwróciłem się, wpadając na przeszkodę.
       - Na miłość babci, przepraszam! – zawołała, schylając się, by pozbierać to, co właśnie runęło z impetem na chodnik. Dostrzegłem jedynie kruczoczarne włosy i odsłonięte plecy.
       - Pomogę ci. – odparłem i sięgnąłem po pierwszą lepszą książkę. – Czytasz „Romea i Julię”? – zapytałem, nie wierząc własnym oczom. Aż przewertowałem strony. Nikt nie robiłby tego od tak. Chyba że jest się DJ’em i słucha Mozarta.
       Przeszkoda odgarnęła włosy za ucho i wreszcie podniosła na mnie wzrok. Na jej bladych policzkach pojawił się rumieniec. Miała nieskazitelną cerę i błyszczące czarne oczy. W uszach zaś połyskiwały złote kolczyki.
       - Tak, lubię historie o prawdziwej miłości. – odrzekła i chyba się zawstydziła, bo odebrała mi egzemplarz Szekspira. – Uwielbiam ten dramat, ale to chyba głupie.
       Dźwignęła się na nogi i pokazała swoją białą sukienkę w czarne groszki. Miała długie nogi i sandały. Włosy kaskadą spływały jej po ramionach. Coś gorąco zrobiło się w tym parku.
       - Nie, coś ty, Szekspir jest świetny. Kiedyś uczyłem się jego sonetów na pamięć. – odparłem, a przeszkoda zachichotała. Ściskała wszystkie swoje książki, stojąc cały czas sztywno. – Mogę spojrzeć?
       - Nie. To znaczy… Tak, chyba tak.
       Z zawahaniem rozchyliła ramiona, a kiedy wyciągnąłem rękę, by sięgnąć po któreś z literackich dzieł, ona znów się zamknęła.
       - Uznasz mnie za wariatkę. – stwierdziła i przeczesała nerwowym ruchem ręki włosy. – Naprawdę, jestem świrnięta. I to zdrowo.
       Nie mogłem się nie roześmiać, co chyba wystraszyło ją jeszcze bardziej, więc postanowiłem się opanować. Odchrząknąłem.
       - To może wpadnę na ciebie jeszcze raz, ty upuścisz swoje skarby, a ja, zbierając je, będę mógł je obejrzeć? – zaproponowałem, by jakoś ją uspokoić. Przeszkoda parsknęła, obrzuciła spojrzeniem swoje zbiory, po czym podała mi jeden z nich. – „Król Edyp”. Nie no, poważnie?
       Drugi egzemplarz.
      - „Hamlet”
      Trzeci.
      - „Harry Potter” Yyy, chwila…
      Czwarty.
      - „Morderstwo w Orient Expressie”. Kim ty jesteś?
      Piąty.
      - „Igrzyska Śmierci”! Czekaj, niech zgadnę…
     Szósty.
      - „Niemiecki dla początkujących”. Co?!
      - Mówiłam. Właśnie spotkałeś świra. – rzekła i założyła ręce na piersi, podczas gdy ja starałem się nie upuścić żadnej z jej cennych książek.
      - Nie no, jestem pod wrażeniem. Nie każdy łączy… Edypa z Harrym. I niemieckim. Rozumiem, że czytasz dołowienie wszystko.
      - Tak i wszystko na raz. Uwielbiam literaturę. Ale ciebie pewnie to nie obchodzi, więc już pójdę. – wypowiedziała to tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy wyrwała mi wszystko z rąk i pognała przed siebie. Tyle że nie zauważyła, iż upuściła jedno ze swoich „dzieci”.
      - Hej, a co z Harrym? – zawołałem za nią, podnosząc z ziemi książkę w kolorowej okładce. Przeszkoda odwróciła się i wydała z siebie zduszony okrzyk, po czym wróciła. – Może jednak zdradzisz mi coś więcej?
       - Dalej, Tom, powiedz jej, że ma wiesz co! – usłyszałem za sobą głos DJ’a i jego okrzyki dopingu. Odetchnąłem głęboko i spojrzałem w jego stronę.
      - ZAMKNIJ JADACZKĘ, IDIOTO! – wrzasnąłem, po czym odwróciłem się z powrotem w stronę dziewczyny, uśmiechając się szarmancko. – Wybacz, on jest chory. Leczy się, ale to nic nie daje, niedługo całkiem oszaleje.
     Przeszkoda roześmiała się, pierwszy raz tak bardzo naturalnie.
      - Jak już pewnie słyszałaś, mam na imię Tom. – podałem jej rękę w geście powitania. Ona swoją z trudem wyciągnęła spod stosu książek, lecz w końcu jej się udało. Była przyjemnie ciepła.
      - Tak jak Tom Cruise.
      - Właśnie. Film też lubisz?
      Potaknęła ochoczo, a ja zdałem sobie sprawę, że spotkałem osobę, która była w stanie porozmawiać na każdy temat.
      - Mam na imię Helena. Beznadzieja, co?
      Omal oczy nie wypadły mi z orbit.
       - Co ty wygadujesz? – odparłem i aż zapragnąłem potrząsnąć nią na opamiętanie. – Jesteś… jak Piękna Helena z Troi, myślisz, że dlaczego Parys ją porwał?
       - No bo…
       - Dobra, nie przywołujmy mitów. – przerwałem jej, a ona od razu ucichła, choć byłem niemalże pewny, że z chęcią by o nich pogadała. – Lubisz lody?
       Piękna Helena pokiwała głową i uśmiechnęła się szeroko.  

***
     
       Nigdy bym nie przypuszczał, że własny kumpel zrobi mi awanturę o coś, czego sam oczekiwał. Wczorajszy dzień zleciał mi jak nigdy, nawet nie pamiętałem, kiedy położyłem się spać, ale jednego byłem pewny. Zapomniałem o nocnej zmianie w „Landrynce”, wiec pewnie wylecę z roboty. Obudził mnie jak zwykle poranny krzyk Amy, która nagle powróciła na łono rodziny. Szczerzyła się w swoim szczerbatym uśmiechu. Później zadzwonił DJ.
      - Zostawiłeś mnie tam samego na pastwę losu! – wrzeszczał do słuchawki telefonu. – Jak mogłeś, zdrajco?! Wiesz co było najgorsze? Że na odtwarzaczu był Mozart i tylko Mozart!
     
- Przepraszam! Ale gadaliśmy o „Hamlecie”. I o ACDC.
      - Aha. A więc Panna Sztukmistrzyni lubi rock? Gratuluję!
    
 - DJ…
      - Nie odzywaj się! Miałeś mi przynieść lód, mogłem się wykrwawić! I co, teraz porzucisz mnie dla niej, tak? Nie pamiętasz już, jak budowaliśmy zamki z piasku…
     
- Co? – zdumiałem się i aż odłożyłem gitarę na bok. Pomyśleć, że chciałem pograć, ale on musiał zadzwonić. – Słuchaj, to była tylko luźna pogawędka.
      - Wypchaj się sianem, sztywniaku.
     
- Czekaj, mam drugi telefon. – odparłem, przerywając jego lament. Przełączyłem na kolejną rozmowę z nieznanym numerem. – Słucham.
      - Halo, koktajl!
    
 - Och. Cześć, Alice, złotko.
      - I jak tam moja ulubienica?
    
 - Panna Luiza? Działa, cholera jedna.
      - Nie, pajacu! Chodzi o twoją siostrę, miałeś zadzwonić.
    
 - Cóż… Ty to zrobiłaś.
      - Kawa?
     
- Tchibo. Albo Lavazza.
      Alice westchnęła z irytacją.
      - Nie pytam cię o rodzaje, tylko zapraszam do knajpy! – warknęła, a ja niemalże widziałem jej wściekły wyraz twarzy. – Jesz słodycze? Bo ja tak i chce mi się ciasta czekoladowego!
     
- Czekaj chwilę. – odparłem i przełączyłem z powrotem na rozmowę z DJ’em. – Stary, dzisiaj nie pogramy, idę na Tchibo z tą rudą, o której mówiłem ci wczoraj.
      W słuchawce usłyszałem płacz.
      - Już ma dwie, farciarz. – zaskomlał, na co przewróciłem oczyma. Jego wyobraźnia nie zna granic. Gorzej niż moja matka. Przełączyłem na wcześniejszą rozmowę.
       - Alice?
       - No w końcu, człowieku! Punkt czwarta, czekam przy stoliku koło okna.
     
 Wyłączyła się, więc odrzuciłem telefon na stolik nocny. Sięgnąłem po gitarę i zacząłem brzdękać jakąś starą piosenkę z dzieciństwa. Lecz wtedy mnie olśniło.
       - Ale… jaka to knajpa?


***

       Z trudem udało mi się dodzwonić do Alice, by dowiedzieć się, w której kawiarni byliśmy umówieni. Kiedy wreszcie odebrała, z irytacją wypowiedziała nazwę „Jagodzianka” i zastanawiała się, dlaczego faceci nie pojmują tak banalnych spraw. Kiedy wreszcie ją spotkałem, rzeczywiście czekała na mnie przy stoliku koło okna. Miała na sobie ciuchy z najbogatszych kolekcji tego sezonu, stylowe okulary przeciwsłoneczne i buty na wysokim obcasie.
       - Zamówiłam szarlotkę. – oznajmiła, popijając łyczek kawy z białej filiżanki. – Siadaj, koktajl, bo nogi cię rozbolą.
       - Wydawało mi się, czy miałaś ochotę na czekoladę?
       Alice zmarszczyła brwi i poczochrała swoją rudą grzywkę. Wzruszyła obojętnie ramionami.
       - Czyli mówisz, że Amy ma się dobrze. – rozpoczęła rozmowę, kiedy kelner przyniósł nam po olbrzymim kawałku ciasta.
       - Niech to szlag.
       - Co? – zdumiała się, wypychając usta po brzegi. Ciacho wylatywało jej z buzi.
       - Wiesz ile to ma kalorii?
       Dziewczyna w momencie przestała cisnąć do swojego otworu gębowego olbrzymie ilości szarlotki, przeżuła dwa razy w zastanowieniu i przełknęła z trudem.
       - Podpuszczasz mnie? – mruknęła, spoglądając raz na mnie, raz na swój deser. Nie mogłem prychnąć śmiechem, widząc jej umorusaną buzię. Oblizała się i oparła łokciami o blat. – Słuchaj no, mądralo. Nie obchodzi mnie ile zjadam, bo mam znakomitą przemianę materii. Nie chcesz tego? – wskazała na moje ciastko, a zanim ja zdążyłem powiedzieć choćby słowo, ona przysunęła talerzyk w swoją stronę. To się najadłem.
       - Wracając do Amy, ona czuje się jak ryba w wodzie.
       - Cieszę się.
       Przyglądałem się przez chwilę jedzącej z zapałem Alice, zastanawiając się, gdzie w jej smukłej sylwetce mieszczą się takie ilości ciasta. Przynajmniej była zadowolona.
       - A więc, Tommy. – podjęła, wycierając po skończonym deserze usta do serwetki. – Jesteś barmanem w „Landrynce”.
       Pokiwałem głową, starając się wymyślić, do czego ona zmierza.
       - Twoi rodzice są rencistami? – dodała, na co prychnąłem.
       - Nie, pracują, dlaczego?
       Alice zawahała się przez chwilę i odwróciła wzrok. Później nachyliła się bliżej, spoglądając mi prosto w oczy.
       - Chcę, żebyś dał sobie pomóc. – rzekła, zniżając ton. Uniosłem w zastanowieniu brwi. – Słuchaj, nie jestem osobą, która pozostaje obojętna na krzywdę innych. Od początku wiedziałam, że zaangażuję się w ratunek twojej siostry.
      - Przy okazji obwołując mnie pedofilem, krzycząc na cały regulator.
      - Och, to była pomyłka. – mruknęła, wznosząc oczy ku niebu. – Jak już pewnie zauważyłeś, stać mnie na to i owo.
      Przerwała, patrząc na mnie wyczekująco, co chyba miało oznaczać, że reszty sam powinienem się domyślić. Zapanowała cisza przerywana jednostajną melodyjką graną w kawiarni.
       - Chcesz jej kupić samochód? – strzeliłem, a ona opadła ciężko na oparcie krzesła. Na pewno teraz myślała „Ci faceci, niczego nie rozumieją”. – To o co chodzi, kobieto?
       - Gdybym ulitowała się też nad tobą, zafundowałabym ci nową Karną Schizę.
       - Spadówa, to mój wóz! – fuknąłem, a Alice ukryła twarz w dłoniach. Po chwili walnęła pięścią w stół.
       - Wiem jakie są czasy i że nie wszystkich stać na operacje, które kosztują karaty! – warknęła, lecz zaraz wzięła głęboki oddech i uspokoiła się. – Okej, rozumiem, że się zgadzasz.
      Dopiero po chwili dotarło do mnie, co właśnie powiedziała.
      - Słucham?! Nie, Alice, rozumiesz sens swoich chaotycznych słów?
      - Tak! Chcę pomóc twojej siostrze, możesz mi to ułatwić?
      Poderwałem się z siedzenia, co oczywiście było odrobinę za szybko, ale na szczęście nic się nie stłukło. Po prostu wzrósł we mnie poziom emocji.
      - Alice… Jestem ci dozgonnie wdzięczny, że zabrałaś ją wtedy do szpitala, naprawdę. – rzuciłem, kiedy ona stanęła naprzeciw mnie, zakładając ręce na piersi. Wyglądała jak uparty osioł. – Babo, nie będziesz dawać mi kasy, mam jeszcze trochę honoru!
      Strzeliła mnie w policzek, przez co omal nie wpadłem na sąsiadujący stolik.
      - Honoru? Co jest ważniejsze, honor, czy twoja siostra?
      Dopiekła mi. Jak nic. W mordę, co za mała żmija. Dobrze, że w tej kawiarni było mało ludzi, którzy skupili by na nas wzrok.
      - Nie rozumiesz. – odparłem, chwytając ją za ramiona, na co odrobinę się skrzywiła. Tak, na pewno naruszyłem jej przestrzeń osobistą. – To wszystko nie jest takie proste. Nie jestem jakimś biedakiem z ulicy, który musi żebrać, żeby mieć na chleb, zresztą, mój ojciec jest piekarzem.
       - Aha, a mój ma firmę komputerową i stok narciarski.
       Czy to była ironia, czy tylko mi się wydawało?
        - Nieważnie. – skwitowałem i mówiłem dalej. – Alice, gdyby nie to, że Amy potrzebuje drogich leków, już dawno kupiłbym porządnego Opla. Albo gitarę elektryczną. Póki co, wszystkie oszczędności idą na tę operację, tylko…
        - Tylko, że ona potrzebuje jej szybciej niż da się to wszystko uzbierać. – skwitowała, będąc teraz nadzwyczaj poważną. Westchnąłem z rezygnacją, puszczając jej ramiona. Potarłem ręką twarz, zastanawiając się nad tym wszystkim.
       - Może i masz rację.
       - No, w końcu coś ci świta pod kopułą!
       - Twój ojciec nie potrzebuje barmana? Macham szejkerem najlepiej z nas wszystkich, ci inni nic nie potrafią.
       Alice warknęła z irytacją, a mnie zdawało się, że na powierzchni jej skóry pojawiła się iskra elektryczna.
       - Jeszcze chwila, koktajl, a stracisz zęby! – syknęła, zaciskając dłonie w pięści. Gorąca z niej laska.
       - Spokojnie. – poklepałem ją po ramieniu, nie mogąc się nie uśmiechnąć. – Jesteś słodka, kiedy się złościsz.
      Już chciała uderzyć mnie pięścią w twarz, lecz szybko udało mi się złapać jej nadciągającą rękę. Omal się nie zachłysnęła, ale w końcu odpuściła, biorąc parę głębokich wdechów.
      - Jesteś pewny, że nie chcesz mojej pomocy? – zapytała, a ja wyobraziłem sobie, że wszystkie te problemy z Amy mogłyby zniknąć. Byłoby świetnie. Z drugiej strony byłem w stanie zarobić tę forsę, ale w tej kwestii to Alice miała rację; nie udałoby mi się zgrać tego w czasie. A wtedy moja siostra dalej by cierpiała. Tego nie chciałem. – Tom… Przecież możesz mi oddać.
     Spojrzałem w jej czarne oczy i wypuściłem powietrze z płuc.
      - Podać ci numer konta?


Hello, kids! Witam was serdecznie po tym tygodniowym spóźnieniu. Z radością ogłaszam, że odzyskałam wszystkie rozdziały, jakie w karierze udało mi się stworzyć :D I chyba będę mieć nowy komputer. Co do rozdziału... Obiecałam sobie, że nie będę narzekać na to, co naklikałam sobie w Wordzie. Także nic już nie mówię. Chciałabym za to WAS prosić o ocenę i wsparcie. Jakiś czas temu zapoznałam się z pewnego rodzaju zasadą, choć może to za duże słowo, ale brzmi ona czytam - komentuję i sama się jej trzymam :D Tak więc zachęcam was do współpracy z Pegazem, a także z moimi kochanymi świruskami <3 Dziękuję oczywiście tym, którzy już podzielili się swoim zdaniem :D Thank you, guys! No więc kieruję do was pytanko: LUBICIE TOMA? ;p
P.S dzisiaj odwiedziłam wujka i jego pies - pierwowzór Wyłupka - będzie mieć szczeniaki XD
Pozdrawiam was, wpadajcie na kolejny rozdziałek i trzymajcie się ciepło ;*
Wasz Pegazik.