niedziela, 18 stycznia 2015

Kropkon - episode V



         To był zdecydowanie zły dzień. Moje modlitwy o święty spokój choć na parę godzin nie zostały wysłuchane. Smutno mi było do tego stopnia, że słuchałem jeszcze bardziej dołującej muzyki. Zapragnąłem uciec z tego przeklętego miasta, w którym zdecydowanie nie działo się nic dobrego. Co więcej, znów wylądowałem z Alice w jednym samochodzie.
            Włączyła swój cudowny radar i za pośrednictwem mocy, która była jej prywatnym GPSem, jakich na bank posiada setki tysięcy, zmieniła się w psa tropiciela. Miała nadzieję na odszukanie swej przyjaciółki April, a ja, że zrobi to szybko. Raz, że być może potrzebowała pomocy, a dwa – miałem dosyć słuchania jej piskliwego głosu, kiedy darła gardło. Co gorsza, przejęła się tym rosyjskim „Da” w słuchawce, kiedy to wcześniej rozmawiała z dziewczyną. Wiedziałem, bo Pogodynka opowiedziała mi wszystko w szczegółach, gestykulując rękoma do tego stopnia, że odpadło wsteczne lusterko.
            Niedobrze. Źle, fatalnie. Jeśli to nasz rosyjski koleżka wziął zamach na życie April… w wyobraźni Alice właśnie był szatkowany i krojony maszynką do mięsa. Nie chciałbym oglądać ich małego „spięcia”.
            Tym sposobem znaleźliśmy się w mieszkaniu Diany. Kwiatki i ziemia z doniczek walały się po podłodze, co gorsza, wszędzie były ślady krwi i walki. Alice przeszukała każdy kąt, dziurę, szafę, kredens i cokolwiek bądź na świecie – ani śladu April. Zniknęła, przepadła jak kamień w wodę. Zaczęliśmy się denerwować, że coś mogło jej się stać. I że ktoś, w domyśle Ruska Menda, wyrządził jej bolesną krzywdę. Dlatego też Pogodynka wykrzyknęła ku niebiosom jego imię i wybiegła z mieszkania. Ja, jako dobry przyjaciel, musiałem powlec się za nią. Pościg czekał.

                                                                       *

Alice

            - Alice, a ty w ogóle wiesz, gdzie jedziemy? - zapytał Tom mijając kolejny zakręt.
Jechaliśmy jedną z bocznych uliczek, którą osobiście nazywam drogą "szybkiego ruchu", lecz widać, że ciemnowłosy nie zna takiej definicji. Kula się siedemdziesiąt na godzinę, SIEDEMDZIESIĄT! na pustej drodze BARDZO szybkim autem! SIEDEMDZIESIĄT! Ten samochód raczej mu nie podziękuje.
            - Tak. - warknęłam próbując namierzyć to małe, wredne, ciemnoskóre dziecię grające mi na nerwach. Ta świnia ciągle pojawia się i znika! Tak jakby nie potrafiła zapanować nad swoją mocą, coś ją ciągle rozpraszało i nie potrafiła skupić swojej uwagi na ukryciu się. Uduszę ją za tę nierozwagę. Na dodatek wyczułam w pobliżu młodej kilka innych źle nastawionych ludzi i jedną gorącą falę ciepła, która przypominała mi pewną osobistość, ale miałam nadzieję, że moje obawy są mylne. Muszę ją znaleźć. - Do April.
W powietrzu zakręciła się nuta frustracji ze strony chłopaka, który spokojnie kulał się 70 mijając kolejne zakręty.
            - Specjalnie mi tym nie pomogłaś, wiesz? - odparł poirytowany.
            Dziewczyna znów zniknęła z mojego naturalnego GPSa. Miałam już dość tych ciągłych pojawiań sie i znikań, następnym razem nawtykam jej na temat słuchania poleceń.
            - Ty mi też nie pomagasz kulaniem się tak wolno. Co ci to biedne auto zrobiło, że się tak nad nim znęcasz? - odparłam nie będąc już świadomością w samochodzie, lecz pośród koron drzew przelatując nad lasem w pobliżu centrum handlowego. Ostatnio tutaj ją namierzyłam, ale teraz oprócz chodzącego tam i z powrotem ochroniarza, nie było nigdzie żywego ducha. Zagryzłabym wargi, jakby moje ciało było fizyczne. Mocnym podmuchem wiatr przeniósł mnie kilka kilometrów dalej. Niestety nigdzie nie dostrzegłam mojej małej.
            Wróciłam do mojego ciała i Toma, który nie spodziewał się, że przez parę sekund byłam nieświadoma i rozmawiał z ciałem bez świadomości. Hihi, taki zonk.
            - Już i tak jadę nie przepisowo. Ograniczenie jest do sześćdziesiątki.  - odparł zmieniając bieg.
            Przeczesałam dłonią włosy, które zleciały na moją twarz podczas mojej bezwładności.
            - To naprawdę dużo. - zakpiłam - Po co ja cię w ogóle brałam, jak mi nie pomagasz?
            Tom spojrzał na mnie z błogim spokojem.
            - Bo piłaś alkohol.
            Spojrzałam na niego miną SERIO?! i trzasnęłam czołem o pulpit.
            - Zabij mnie, pro...
            Fala ciepła napłynęła do mojej świadomości, a zaraz po niej cichy krzyk April. Była blisko, a jednocześnie daleko, poza moim zasięgiem. Moje wietrzne ciało pojawiło się w tamtym miejscu w chwili, kiedy Gabriel we mnie uderzył z przebiegłym uśmiechem na twarzy. Co za gnój! Wiedziałam, że on maczał w tym palce, ale sądziłam, że nastraszyłam go dostatecznie mocno i nie spróbuje żadnej głupoty. Jakbym nie była wiatrem udusiła bym go gołymi rękami i jeszcze to zrobię.
            Na skrzydłach wiatru przeniosłam się w przeciwną stronę niż Michaelis. A tam zobaczyłam April, a raczej jej bezwładne ciało w płomieniach i... Ruską Mendę.
            Krzyknęłam.
            - Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwa! - wróciłam do swojego ciała i zaczęłam kopać, bić w pulpit oraz drzwi samochodu zostawiając wgniecenia po moich ciosach. - Kurwa, kurwa, kurwa!
            - ALICE!
            - Zabiję go! Naprawdę zabiję. Ukatrupię go! - i poleciał litania.
            - Co się stało? Kogo zabijesz? - dopytywał Tom.
            Spojrzałam na niego napuchniętymi od płaczu oczami.
            - Sawwa. - otarłam łzy - Trzymaj się.
            Oczy zaszły mi mgłą, a raczej wszystko zaszło mgłą, która dosłownie rozwiała nas na cztery strony świata. Zaparkowałam samochód w miejscu gdzie widziałam Gabriela, o kilka cali mijając drzewa, które otulały nas a każdej strony. Było blisko. Nie myślałam, że tu będzie tak ciasno dla sportowego samochodu.
            Rozmyłam się z auta i postawiłam swoje szpili na błotniskiem runie. Tom dosłownie wyturlał się z samochodu ciężko łapiąc powietrze. Skutki uboczne rozbijania się na atomy.
            - Nie martw się, żyjesz. Zaraz ci przejdzie - rzuciłam za siebie.
            - To poco ci był cały zachód z samochodem? - odparł łapiąc powietrze. Był w szoku.
            Spojrzałam na niego zza powiek.
            - Bo mam szpilki.
            Weszłam głęboko w las.

            - Rubien.
            Wyszedł dumnie z cienia. Jego nastrój był wesoły, a na jego twarzy rozciągało się coś na wzór uśmiechu. Moja krew zagotowała się. Jak on może po czymś takim wyglądać na zrelaksowanego? JAK?! 
            - Alice! - Tommy wypadł z lasu, próbując mnie dogonić. - Alice!
             - Tom? - zdziwił się morderca. - Więcej was mama nie miała?
            Zacisnęłam pięści.
            - Rubien. - warknęłam.
            - Alice? - odparł.
            Postąpiłam krok do przodu. Poczułam jak ciepła łza spływa mi po policzku.
            - Mam zamiar cię zabić.
            Reakcja była wprost przekomiczna. Szybkostópek coś krzyczał, Menda wyciągnął przed siebie ręce, a ja robiłam swoje. Przestawiłam w mózgu trym z uśpienia na likwidację.
            Zmaterializowałam się przed Rubienem i ujęłam jego wyciągnięte ręce, uderzyłam rozłożoną dłonią w jego łokieć, który chrupnął i wyleciał ze stawu. Mężczyzna sapnął, widać, że na nim to większego wrażenia nie zrobiło. Był zbyt pewny siebie kiedy stała na przeciwko niego mała, drobna dziewczynka. Ale ta dziewczynka potrafi więcej niż mu sie wydaje.
            Wyrwał zdrową rękę z mojego uścisku i próbował mnie odepchnąć. Okręciłam się z jego ręką i kopnęłam jego kolano, a raczej rzepkę, która ładnie wyleciała ze stawu. Mężczyzna zachwiał się i uklęknął. Wbiłam mu szpilkę w udo, a ten ryknął. Ale to nie koniec. Wzięłam go za te ruskie kudły i uderzyłam jego głową o moje kolano, wbijając mocniej szpilkę i łamiąc mu nos. Chwycił mnie za kostkę buta, który ładnie sterczał z jego krwawiącego ciała, zwinnie odkopała łape drugą nogą, chwyciłam jego ramiona i podparłam się na nich, gdy przeskakiwałam nad mężczyzną ciągnąc go za wybitą rękę, jeszcze bardziej ją łamiąc. Mężczyzna został zmuszony do wstania i ryknął z bólu, kiedy okaleczone nogi nie wytrzymały jego ciężaru.
            Krew, która trysnęła z tętnicy udowej ochlapała moje spodnie, a jedna kropka wylądowała na moim policzku. Żałosność jego ciała pocieszyła mnie. Znów okręciłam się tak, że teraz stałam na przeciwko jego zakrwawionej twarzy.
            - Masz już dość? - szepnęłam zaciskając dłonie.
            Chwycił się zdrową ręką za skwaszony nos, po czym splunął krwią na ziemię, wypluwając siekacza.
            Uśmiechnął się pokazując dziurawe uzębienie na środku szczęki.
             - To zaledwie ukąszenia muchy.
            Spojrzałam na niego beznamiętnie.
            - Ta mucha - zaakcentowałam - może być śmiertelna. Dostaniesz to na co zasłużyłeś.
             - ALICE! CZEKAJ! - ryknął Tomiś.
            Szybkim ruchem chwyciłam za zdrową rękę mężczyzny, był w takim szoku, że nim zdążył napiąć mięśnie już łamałam jego kość. Ryknął gdy ostry koniec kości przebił się przez partię tłuszczu, mięśni i skóry, ukazując się światłu dziennemu. Krew trysnęła ostrą falą plamiąc mi ręce.
             - Powiedz "pa, pa".
            W jego oczach odbił się cień strachu i jeszcze coś.
            Szybkim ruchem wbiłam złamaną kość do jego oczodołu. Oko wraz z mózgiem i osoczem spłynęło po jego twarzy. Przez jego ciało przeszły spazmy i puściłam go. Jeszcze przez chwilę stał, a potem osunął się z głuchym trzaśnięciem na ziemię. Złamana ręka dalej sterczała z jego twarzy.
            Odetchnęłam.
            Strzepałam ręce z krwi.
             - Muszę się umyć. - stwierdziłam patrząc na swoje kiedyś czarne buty.

                                                                       *

            Było niedzielne popołudnie. Siedziałem w domu, bo nie miałem niczego lepszego do roboty, i brzdękałem na gitarze. Słyszałem zza drzwi, jak mama krzątała się po kuchni. Piekła ciasto. Po raz tysięczny piekła to samo ciasto, którego nie dało się już jeść. Wraz z Amy dostrzegaliśmy jej przemianę; nie była już tą samą, radosną kobietą, zatroskaną o wszystkich tylko nie o siebie. Nie gotowała tak smacznie jak dawniej, jedynie ciasta wychodziły równie dobre. Ale ileż można napychać się biszkoptem? Mama stała się… cicha. Zamknięta w sobie, milcząca, zapracowana, zamyślona, a przede wszystkim smutna. Straciła w końcu męża, nie miałem żalu o to, że nieraz nie zauważała Amy, która chciała spędzić z nią nieco czasu. Dlatego też moja młodsza siostra przesiadywała częściej w moim pokoju, zagrzebywała się w pościel z ulubioną lalką, której następnie plotła warkoczyki. Ja w tym czasie, o ile oczywiście spędzałem czas w domu, siedziałem obok niej, brzdękając tak jak teraz i odpowiadając na jej pytania o sens życia.
            Albo Amy stała się taka dojrzała, albo powinna udać się do psychologa. Serio.
            - To chyba nie boli, prawda? – zapytała, choć nawet nie podniosła na mnie wzroku. Wsparta o ścianę i okryta pościelą, czesała lalkę.
            - Ale co? – upewniłem się, choć tak naprawdę doskonale wiedziałem. Amy nie mówiła ostatnio o niczym innym, jak…
            - Umieranie. – odparła krótko. Westchnąłem i przerwałem grę. – A może jednak tak? Myślisz, że tatę bolało?
            Miała dziesięć lat, a pytała mnie, czy człowiek cierpi w chwili śmierci. Krajało mi się serce, kiedy jej słuchałem. Miała tylko dziesięć lat. Była małą córeczką naszego ojca, który oswajał ją z tym głupim koniem Fistaszkiem, uczył liczyć i sięgać po ciasteczka ukryte w kredensie, kiedy mama nie patrzyła. Nie dostała szansy, by wyrosnąć na jego oczach w piękną, wysoką dziewczynę, którą musiałby wypuścić z domu w objęcia pierwszego chłopaka. Nigdy już nie miała się z nim ani śmiać, ani pokłócić. Nie zasłużyła sobie na to.
            - Świat jest podły. – mruknąłem do siebie. Przełknąłem gorzko ślinę na wspomnienie Wron, którzy przyszli wtedy z wiadomością. Amy podniosła wzrok znad zabawki.
            - A ja?
            - Ty nie jesteś podła.
            Amy westchnęła. Jej duże czarne oczy przepełnione były smutkiem. Jej dziecięca radość wyparowała wraz tą od mamy. Obie stały się szare i zagubione w tym chorym mieście, jakim była Gocewia.
            - Myślałam raczej… - szepnęła. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, dlatego okryłem ją szczelniej kołdrą. – Tom, czy ja też umrę?
            Rozwarłem szerzej oczy i aż usiadłem od niej dalej. Nie pojmowałem, co mówiła. Jak mogła tak myśleć?
            - Amy, przestań. – napomniałem ją. Zgrozo, co zostało z mojej siostry, która niegdyś skakała po kanapie, oglądając bajki? – Nie możesz tak mówić, rozumiesz?
            - Ale ja chcę.
            - Chcesz tak mówić? Dzieci nie zastanawiają się, skąd wzięło się zło, ani dlaczego niewinni umierają, podczas gdy ci niedobrzy…
            - Wolałabym być z tatą niż siedzieć tutaj. – przerwała mi. Spuściła głowę tak, że kręcone włosy zasłoniły całą jej twarz, pobladłą i drobną. Zamrugałem, lecz bardziej w celu pozbycia się słonej wody w oczach. Życie bolało bardziej aniżeli śmierć i Amy to zrozumiała. Siedziałem obok niej, z czołem przytkniętym do zaciśniętych pięści.
            - Obiecuję ci, że nie pozwolę, by jego śmierć poszła na marne. – powiedziałem po chwili. Dotarło do mnie, że mówiłem przez zaciśnięte zęby. Tak bardzo nie lubiłem mieć wrogów, a jednak… Zło Gocewii stało się moim wrogiem wraz z utratą ojca. To koniec. Musiałem coś zrobić, zapłacić za to, co przeżywały moja siostra i matka. One obie nie były niczemu winne.
            Amy objęła moje ramię i przytuliła się, co mnie zaskoczyło. Od jakiegoś czasu nie chciała się przytulać, mówiła, że lepiej nie okazywać uczuć. To najwyraźniej pozwalało jej zachować zimną krew. A jednak słyszałem jej szloch w nocy, zanim kładłem się spać. Codziennie.
            - Nie, nie rób niczego złego. – poprosiła. Jej głos był cienki i cichy. – Okay?
            - Okay. – skłamałem.

           
            Powiedzmy, że się martwiłem.
            Te cudownie upojne chwile, podczas których Alice zamieniała Rubiena w worek treningowy, wcale nie były godne podziwiania. W szczególności jego obita gęba. Zdecydowanie spowodowała jakiś uszczerbek na jego rosyjskim zdrowiu. Dlatego też wykonałem telefon i oznajmiłem „Alice, postąpiłaś niesłusznie, bijąc tego pajaca”, na co ona: „AAAAAA!!!!! Przeklęta Menda Ruska!”, a ja wówczas, przykładając komórkę z powrotem do ucha: „Alice, jeśli tak bardzo chcesz, załatwię ci laleczkę woodoo z jego podobizną, ale odpuść już. Pojedziesz ze mną do niego?”
            To był najśmielszy krok na jaki posunąłem się w życiu. Pocałunek z Heleną to nic w porównaniu z tym. Nie żeby Helena całowała źle, wręcz przeciwnie. Mhm, dawno jej nie widziałem, a jednak… zamiast do jej domu, wybierałem się do wielkiej willi Mendy Ruskiej.
            Alice przystała na propozycję tylko dlatego, iż myślała, że znów będzie mogła go uderzyć. Wjechałem jej na ambicję, mówiąc, że zachowuje się jak niewyżyta emocjonalnie panna z bogatej rodziny, za co oberwało się Pannie Luizie. Biedna Panna Luiza, co ona z nią miała… To rzeczywiście smutne.
            Znaleźliśmy się na terenie willi. Otwarła się przed nami samoczynnie działająca brama, tak więc wjechałem na dziedziniec. Chałupa była tak wielka, że nawet tsunami nie dałoby jej rady. Jadąc w jej cieniu, by zaparkować gdzieś z boku, zapatrzony na ptaszka, który przysiadł tam w górze, na dachu, nieumyślnie potrąciłem rabatkę, a opona Panny Luizy pozostawiła po niej wgniecione w ziemię, czerwone kwiatki.
            - TY IDIOTO! – wrzasnęła na mnie Alice, uderzając w tył głowy. Wyjechałem z rabatki i zaciągnąłem ręczny. – Jak mogłeś zbezcześcić te rośliny?! Nie masz szacunku do przyrody, czy jak?!
            - Dobra, już dobra…
            - Przeproś je! – rozkazała i wskazała w bok, tak jakby kwiatki rosły na wysokości paru metrów. Spojrzałem na nią spode łba. Co ta głupia kobieta wygaduje? – Wysiadaj i napraw szkody!
            - Nie, to ty wysiadaj. – odparłem. Alice założyła ręce na piersi i wysunęła do przodu brodę na znak tego, jak bardzo jest oburzona. Wywróciłem oczami. – Wyjdźże, szkoda czasu.
            - Czemu sam nie wysiądziesz, tylko gderasz na mnie?
            - Bo moje drzwi są zepsute! – walnąłem pięściami w kierownicę, tym samym przypadkowo włączając klakson. Zauważyłem parę osób w oknach. No tak, czerwona, rozklekotana Panna Luiza stojąca w pobliżu zdewastowanej rabatki, w cieniu olbrzymiej willi. Zauważyłem dwóch napakowanych osiłków, przypominających Misiów G, którzy kroczyli w naszą stronę. – Ochroniarze. Widzisz, co narobiłaś?
            Alice spiorunowała mnie spojrzeniem i wyskoczyła z samochodu, rzecz jasna lądując obcasami w tejże właśnie rabatce. A nie, przepraszam – unosiła się nad ziemią na miniaturowej chmurce. Burzowej. Powiedziała coś ochroniarzom, który uśmiechnęli się do niej szarmancko i pozwolili jej wejść do posiadłości. Powlokłem się za nią, lecz stanęli przede mną, skutecznie blokując mi drogę.
            - Ekhm… - odchrząknąłem.
            - Frajer idzie ze mną. – orzekła Alice, a wówczas mur, jaki stworzyli ci dwaj, rozstąpił się. Przecisnąłem się zgrabnie między nimi, byleby ich nie dotknąć. Posłałem im uśmiech w ramach wdzięczności.
            Zrównałem się z Alice. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak mnie nazwała.
            - Jak to frajer?! Nikt już tak nie mówi!
           
            Alice zachowywała się tak, jakby ciągnęła za sobą biedne małe dziecko, które właśnie znalazło się na planie filmu science-fiction albo w innym, odmiennym miejscu, a jego wzrok wlepiał się w każdy dosłownie przedmiot w okolicy. Dlatego warczała na mnie przez zaciśnięte zęby i ciągle ponaglała.
            - Ale tu fajnie. – stwierdziłem, zadzierając do góry brodę. – Serio super.
            - Co ty do licha robisz? – warknęła dziewczyna, kiedy zauważyła, że odłączyłem się od naszej dwuosobowej grupy.
            - Zdjęcie. – schowałem telefon z powrotem do kieszeni. – Helenie spodobałby się ten obraz.
            Alice ponagliła mnie, strzeliwszy miniaturową błyskawicą w tyłek. Zapewne wypaliła mi dziurę w spodniach. Po chwili dotarliśmy do drzwi, za którymi, jak mówił GPS Pogodynki, znajdował się obiekt jej anty-wzruszeń. Zabawiła się w Obi-Wana Kenobiego i, wykonując ruch dłonią, rozsunęła drzwi ludzko-umysłową Mocą.
            Rubien spał na brzuchu, a pościel nie zasłaniała jego nagich pleców. Miał za to poduszkę na głowie. Biedak. Alice wkroczyła, tupiąc obcasami, i stanęła nad nim. O Boże. Nie zdążyłem jej powstrzymać. Sekundę później Rubien skoczył w górę niczym kot, któremu nadepnęło się na ogon.
            - Co ty…? – wytrzeszczył na nią oczy. A później zorientował się, że wzrok rudzielca na jedną tyci chwilę spoczął na jego klacie. Uśmiechnął się. – Nie miałaś okazji takiej oglądać, co nie, skarbie?
            Udało mi się skoczyć ku niej i złapać od tyłu za jej przeguby. Zaczęła krzyczeć, że mam ją puścić, bo chce go zamordować. Znowu.
            - O, cześć, Tommy. – mruknął Sawwa i wygramolił się spod pościeli. Myślałem, że będę zmuszony powiedzieć „Wyglądasz okropnie, koleś”, bo Alice zamieniła go w trupa z kością w głowie, ale on zdawał się kipieć zdrowiem. Zamrugałem, zdezorientowany, aż szczęka mi opadła na jego widok. Był jak gad. Regenerował się. Chyba. A to było super. – Co tam słychać?
            - Ubierz się, bo ona jest niebezpieczna.
            Rubien prychnął śmiechem i omiótł wzrokiem dziewczynę. Cmoknął w jej stronę.
            - Też cię kocham.
            Wyrwała się z mojego uścisku, jednak nie zaatakowała go po raz drugi. Poprawiła tylko swoją elegancką bluzeczkę i przeczesała włosy.
            - Słuchaj no, przeklęta łajzo. – rzuciła oschle, na co nie zareagował. Wyciągnął z szafy czarną koszulę. – Doskonale wiesz, że rzuciłabym cię na pożarcie rekinom, a byłoby całkiem możliwe, ale nie zrobię tego.
            - Łaskawa. – mruknął na tyle cicho, że tego nie dosłyszała. Mówiła dalej.
            - Gadaj, co zrobiłeś z małą April.
            - Nic.
            - Co? Nie wydurniaj się! I odwróć się, kiedy do ciebie mówię!
            Rubien wzniósł oczy ku niebu i zwolna stanął do niej przodem, z koszulą zapiętą do połowy. Najwidoczniej wolałby spać, niż gadać z nami. To znaczy z nią. Ja przykleiłem wzrok do szyby, bo jacyś goście gwałcili Pannę Luizę. A raczej oglądali ją ze wszystkich stron i zastanawiali się, jak działa. Posłałem im wiadomość do umysłów, bo byli czarnowłosi, że mają zostawić ją w spokoju albo znajdę się w pobliżu za trzy i pół sekundy. Tymczasem Alice bezustannie gnębiła Rubiena, by ten wyjawił jej, gdzie jest jej przyjaciółka, co jej zrobił (To ruskie bydle!) i tak dalej. W końcu się zezłościł.
            - K****! – wrzasnął. Odkleiłem się od szyby.
            - Kiedy chodziłem do szkoły, za każde przekleństwo piekło się ciasto w ramach kary. – powiedziałem. Oboje z Alice spiorunowali mnie wzrokiem za tę uwagę. Wzruszyłem ramionami. – Tak tylko mówię.
            Najlepsiejsi kumple wrócili do pogawędki.
            - Zamknij mordę! Po licho tu przylazłaś?! – syknął Rubien. Alice odpowiedziała spokojnie, celowo akcentując każde słowo:
            - Gdzie. Jest. APRIL?!
            Sawwa wzniósł oczy ku niebu i warknął coś po rosyjsku, czego nie zrozumiałem.
            - W więzieniu, k****. – odparł w końcu. Zmarszczyłem brwi, a Alice tak samo, bo nic nie mówiła przez jakiś czas. Rubien stał tak, z dłońmi wsuniętymi w spodnie. Dziewczyna przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, jakby się wahała.
            - W więzieniu? – upewniła się.
            - Tak. Specjalne dla wrogów króla. Możecie już sobie iść?
            - Gdzie jest to więzienie? – zapytałem. Spojrzał na mnie tak, jakbym był głupi.
            - W Podziemiu? – mruknął z ironią. – Wyobraź sobie, Tommy… - zapiął guziki na mankietach. – Że kiedyś było to miejsce, gdzie wtrącano złoczyńców. Później był przewrót, rozumiesz, i… ich miejsce zastąpili ci, którzy nie spodobali się królowi. To proste.
            Alice przejechała dłonią po twarzy i wypuściła powietrze z płuc. Zaczęła gderać coś, że jej przyjaciółka siedzi w pace i jak musi jej tam być i że musi ją ratować i że i że i że. Spoglądałem w dół na mój samochód. Ci dziwni goście już sobie poszli, jednak nie to zaprzątało mój umysł. Może to głupie, ale zacząłem zastanawiać się nad opcją, czy być może istnieje choć cień szansy… Nie, to idiotyczne. Ale jednak… Och, a jeśli ojciec jest w tym więzieniu i wcale nie zginął? Bez sensu, przecież przyszły Wrony.
            Mogły kłamać. Tylko czy mój tata, ten nieco zagubiony w świecie Whitaker, mógł w jakikolwiek sposób nie spodobać się Gabrielowi? Teoretycznie tak. Choć i tak wydało mi się to dziwne. Nie mogłem jednak gasić tego światełka, jakie Rubien we mnie zaświecił. Dla Amy i mamy musiałem to sprawdzić. Jeśli żył, potrzebował mojej pomocy.
            - Można dostać się do tego pierdla? – wtrąciłem się do rozmowy, której nawet nie słuchałem. Alice stała blisko Rubiena i groziła mu czerwonym paznokciem. Oboje odwrócili ku mnie głowy. – Pytam poważnie.
            - Zawsze możesz ukraść coś ze supermarketu, zostać osądzonym i trafić do celi. – powiedziała Alice. Sawwa poklepał ją po rudej czuprynie, za co pacnęła go w dłoń.
            - Błyskotliwe. – mruknął do niej z uśmiechem, a następnie spojrzał ku mnie. – Co ci do tego, Tommy?
            - Nie mów do mnie Tommy. – syknąłem, a jego oczy wciąż się śmiały. Złapałem się na tym, że wystukuję rytm na parapecie. – No… Pomyślałem…
            Chcesz posmakować zemsty.  – usłyszałem to w swojej głowie, a dopiero po chwili zrozumiałem, że nie było to pytanie. Wzdrygnąłem się, popatrzyłem na niego i skinąłem głową.
            - To znaczy nie. – powiedziałem szybko, by to skorygować. – Chcę sprawdzić, czy nie ma tam mojego ojca.
            - A potem się mścić. – domyślił się reszty. Ku mojemu zdziwieniu postać Rubiena zmaterializowała się obok mnie, z tym swoim dziwacznym, psychopatycznym uśmieszkiem. Zmieszałem się i odstąpiłem od niego na krok.
            - Nie do końca. – uśmiechnąłem się. – Zakładając najgorsze… tak, już od dawna zamierzałem wymierzyć sprawiedliwość, ale… teraz to zeszło na drugi plan. Rozumiesz.
            - Pomóc ci pomścić śmierć ojca?
            - Najpierw muszę go znaleźć.
            Machnął na to ręką, a później objął mnie ramieniem, co było tak dziwne, że aż super-extra-dziwne. Tak ująłby to DJ.
            - Pójdę tylko po siekierę. – Rubien ściszył głos do szeptu, a potem mrugnął porozumiewawczo. – Pozbędziemy się kogo trzeba.
            - Najpierw sprawdzimy…
            - Czuję się wyrzucona z rozmowy. – wtrąciła Alice. Ręce miała założone na piersi i tupała obcasem o podłogę. Rubien wywrócił oczami.
            - Och, a więc wciąż tu jesteś? Idź sprawdź, czy nie ma cię za drzwiami.
            Alice buńczucznie tupnęła raz, a porządnie, wyzwała go do najgorszych i stanęła obok mnie.
            - Ja też pomogę. Ciągle mam ochotę skopać parę tyłków.
            Jej wzrok nie przypadkowo, po tym wszystkim, spoczął na Rubienie Sawwa.


Witam drogich czytelników :) Z góry muszę zwiesić głowę i przeprosić za opóźnienie, niestety nastąpiły komplikacje, ale już jestem z nowym rozdziałem :) Cóż mogę powiedzieć, kurczę, coś jest nie tak. Dlaczego, pytam, nikt nie skomentował tego przezarąbistego Christmas Special, jakie napisała Dziecko? Pytam się. Tak więc, zapraszam do poprzedniej notki, bo nie pożałujecie, sama śmiałam się jak nigdy. Do telefonu :D Jesteście już po kolejnej części kropkonu, liczę, że choć trochę się podobało :) Zostawcie też po sobie jakiś ślad, co tam sądzicie i tak dalej. Nie będę zła :D Życzę wam owocnego tygodnia <3 I wpadajcie na następny, liczę, że nikogo nie zabraknie. Błagam, dajcie ślad. Pegaz pada do stóp waszych, o czytelnicy. Tak więc, zostawiam was z tym u góry i trzymajcie się ciepło :*
P.S. Pewnie są błędy, liczne nierażące lub nieliczne rażące :P
 - To tylko złudzenie. - użył Mocy jeden z trójki Jedi.

czwartek, 25 grudnia 2014

Christmas Special

Bielutki puch spadał z nieba czarnego niczym bezdenna otchłań. Lekkie płatki bezlitośnie przyklejały się do samochodów i jezdni. Prędkość na głównej krajowej nie przekraczała 60 km/h. Kierowcy, którzy butnie próbowali jechać szybciej, grzęźli w śniegu przy okazji opryskując okolicę lodami o smaku brudu, opon i asfaltu. Jazda samochodem w tym pięknym, świątecznym czasie przy tej pogodzie, musiała być poprzedzona naprawdę szczytnym celem. A takim z pewnością można nazwać poszukiwanie choinki.
- Christmas time, mistletoe and wine. Children singing christian rhyme - Tom śpiewał wesoło kołysząc się na boki i rozsiewając wokół siebie aurę świąt, której bynajmniej nie czuła dwójka pasażerów siedzących w narożnych kątach Panny Luizy i gapiących się w swe okna.
- Czy moglibyśmy zgoła szybciej? – zapytała Alice w końcu nie wytrzymując.
Tom odwrócił się do niej na tylne siedzenie właśnie śpiewając zwrotkę – Nie.
Alice zastukała paznokciami pomalowanymi na srebrno z białymi, idealnie wymodelowanymi płatkami śniegu o drzwi samochodu.
- Przestań, bo porysujesz – powiedział z wyrzutem Tom.
- Mendo, ja tego nie wytrzymam!
- A co ja ci poradzę? To ty wymyśliłaś śnieg tej zimy, nie ja!
Zniecierpliwiona Alice odpięła pas i usadowiła się na środku nachylając ku kierowcy.
- Tommy, no!
- Nie, tak mówią przepisy…
- Ale na głównej krajowej nigdy nie jeździ się tak wolno! – warknęli Rubien z Alice.
- To obszar zabudowany. W dodatku jest śnieg! Spójrz na te połacie! To ma jak nic z …
- Dziesięć centymetrów – mruknęła Alice.
- Nie będę narażał życia Panny Luizy na wasze widzi mi się! Spójrzcie na to z pozytywnej strony! Są święta, ta atmosfera, muzyka…
- Alice kup mu te auto, bo inaczej JA mu kupię… - syknął Rubien z grozą w głosie.
- Ja zwariuję! – Alice rzuciła się z tyłu zajmując całą kanapę. Ułożyła się na niej wygodnie, nogi w botkach o piętnastocentymetrowych obcasach oparła na szybie, a za poduszkę użyła torby Toma, wpierw wąchając ją. Ziewnęła i zmarszczyła nos - Tu coś cuchnie.
- Ty – mruknął Rubien.
Dziewczyna zignorowała go.
- Tom, dziecię, co ty tu wozisz? – zapytała z niesmakiem. Pogładziła swoje białe futerko, oczywiście sztuczne, pochodzące z Finlandii jak głosiła metka – Wiesz, ono ma dla mnie emocjonalne znaczenie – dodała patrząc wyczekująco na kierowcę.
- No co? Powinno być czysto – powiedział. – Jakiś czas temu to czyściłem.
- A dokładnie kiedy?
Chłopak podrapał się po głowie, a konkretnie wetknął palec pod wełnianą, czerwoną czapkę, przed którą chowały się nawet kłaki Alice.
- Dwa lata temu?
- Co?! – wrzasnęła Alice natychmiast podrywając się – Uuuuw! Ohyda!
Rubien parsknął śmiechem.
- Dobrze ci tak, ty głupia babo.
Dziewczyna zazgrzytała zębami, a miniaturowe błyskawice zalśniły w jej wielkich oczach.
- Ty Mendo, ty!
Zamachnęła się, by zadać mu ostateczny cios swej boskiej dłoni, kiedy Tom zahamował. Alice padła między dwa siedzenia o włos uniknąwszy uderzenia głową w radio.
- Za dziesięć metrów proszę skręcić w prawo – usłyszeli kobiecy głos dochodzący z GPS’u.
Dziewczyna chrząknęła, lekko się rumieniąc i pozbierawszy się do kupy, usiadła z tyłu.
- Lepiej zapnij pasy – mruknął Rubien. – Zapomniałaś czapki – dodał podnosząc spod swoich nóg futrzane nakrycie głowy – Ono ma ogonek!
- Oddawaj!
Tom trzasnął dłońmi o kierownicę.
- Ile wy macie lat?! Uspokójcie się, bo dostaniecie rózgi zamiast prezentów! – warknął – Mamy problem.
Panna Luiza z chrzęstem zjechała na pobocze, by nie tamować ruchu. Śnieg sypał coraz mocniej. Wycieraczki nie nadążały z usuwaniem natrętnych płatków. Tom z uwagą przyglądał się prawej stronie ciemnego, gęstego lasu. Gdzieś tutaj powinna znajdować się wąska, polna dróżka prowadząca do plantacji drzewek iglastych, którą znalazła Alice. Z tym, że nigdzie jej nie widział.
- Alice…
- Tom, zabłądziłeś! – fuknęła – Nie potrafisz nawet wpisać poprawnie adresu!
- Wpisałem ten, który mi podałaś! – sięgnął po małe urządzenie i zaczął sprawdzać ich położenie mrucząc pod nosem, możliwe że magiczne zaklęcia. Rubien z westchnieniem odpiął pasy i otworzył drzwi. Lodowate powietrze dmuchnęło do przyjemnie nagrzanego wnętrza mrożąc krew w żyłach pozostałej dwójce. Rubien uśmiechnął się złośliwie.
- Zamykaj te drzwi, baranie!
- Chyba bałwanie – wtrącił Tom.
- Chcecie tu siedzieć i zastanawiać się, gdzie popełniliście błąd, czy może ruszycie tyłki i weźmiecie to, po co tutaj przyjechaliśmy?
Spojrzeli na niego tępo.
- Rubien, właśnie staramy się znaleźć plantację, bo bez niej… - zaczęła mu tłumaczyć Alice, starając się spokojnie wbić informację do zakutego, rosyjskiego łba.
Rubien wywrócił oczami, aż pokazały się tylko białka.
- Rozejrzyjcie się! Jesteśmy w lesie!
Tom z Alice spojrzeli na siebie.
- Dalej nie rozumiem puenty – powiedziała Alice.
- Nie no, ja nie wytrzymam tego nerwowo! – wrzasnął Rubien – Ludzie, jesteśmy w lesie, na wasz język, pierwotnej plantacji zasranych drzewek! Kurwa, miejsca o większym wyborze to chyba nie znajdziecie, więc ruszcie tyłki!
Przytaknęli mu.



- Rubien, skąd wzięła się siekiera w moim bagażniku? – zapytał Tom, kiedy wreszcie wypakowali się z Panny Luizy.
- Lubię być przygotowany na każdą ewentualność – uśmiechnął się szarmancko odbierając z rąk Toma ogromne narzędzie, które ten z trudnością unosił. Oparł je o ramię i zagwizdał wesoło – Chodźmy.
Alice tuptała za nim na swoich niebywale wysokich botkach, co chwila zapadając się w śniegu. Pocierała dłońmi ukrytymi w puchowych rękawiczkach trzęsąc się jak osika. Chuchnęła w ręce.
- Widzę, że czujesz się jak ryba w lodzie – zaszczękała zębami do Rubiena.
- W wodzie – poprawił Tom.
- Czy tobie nie jest zimno, Rubien? – rzuciła przelotne spojrzenie na elegancki, czarny płaszcz Rosjanina, który wydawał jej się niebywale mało ciepły. Nie miał nawet czapki, ani rękawiczek tylko ładniutki szalik, chyba od Armaniego, jak oceniło jej wprawne oko.
- Wyście prawdziwej zimy nie widzieli – rzeczywiście nikt nie wątpił w jego słowa. – No więc, które wybieracie?  - Rubien zamachał siekierką w każdą stronę, jakby był właścicielem wszystkich drzew w tym lesie.
Drżący Tom z Alice rozglądali się uważnie, jakby ich decyzja miała wpłynąć na losy świata. Był tu tylko śnieg i drzewa, drzewa i śnieg. Mnóstwo pierwszego a jeszcze więcej drugiego. Dziewczyna przetarła oczy – można było dostać oczopląsu z tego wszystkiego.
- Te – wskazał Tom. Rubien ruszył we wskazanym kierunku i zamachnął się…
- Stój. Nie słuchaj go. On się nie zna. Za chude jest, nie widzisz? Rozsypie się nam zanim dotrzemy do domu – rzuciła szybkie spojrzenie w lewo - Tamto.
Rosjanin grzecznie ruszył w drugim kierunku.
- Zaczekaj, Rubien. Czy choinka aby nie powinna być świerkiem? – mruknął Tom chwytając się za brodę.
- Jak świerkiem, przecież to kobieta! Rubien, ścinaj!
- Jest za wysokie Alice. Nie wejdzie do Panny Luizy…
- Trudno! Rubien, ścinaj.
Menda zamachnęła się.
- Zaczekaj, Rubien. Alice, zastanów się. Świerk to porządniejsze drzewo, niż jakaś tam jodła…
- Nie! To mój salon, moja jodła! Ścinaj!
- Popełniasz kardynalny błąd, Antonino!
- ŚCINAJ, RUBIEN!
- NIE POZWALAM!
- Zdecydujcie się do jasnej cholery, bo mam siekierę i nie zawaham się jej użyć! – wrzasnął Rubien, ale ku jego zdziwieniu nie zrobiło to na nich dużego wrażenia. Chyba straszenie ich mordem już się przejadło – pomyślał. Kiedy spoglądał tak na ten piękny las, przypominała mu się Rosja – kraj wiecznej zimy. Przechylił głowę i spojrzał w niebo. Tysiące płatków spadały prosto na jego twarz. Pachniało lasem, wszystkimi gatunkami drzew, o które tak zaciekle spierała się ta dwójka. Mróz szczypał w nos i uszy, wiatr bawił się włosami tworząc nieład na głowach ich wszystkich.
Zupełna cisza. Noc. Wszystko śpi.
W takich chwilach budzi się magia – przemknęło mu przez myśl. Zostawiając sprawę kłótni Tomowi i Alice, samodzielnie wybrał drzewko, które spodobało mu się najbardziej. Nie był to ani świerk, ani jodła, a sosna – królowa drzewek iglastych, którą pamiętał z pewnej wigilii mającej miejsce bardzo dawno temu…
Tak więc, uciąwszy wielką, dorodną sosnę, pociągnął ją w kierunku dwójki nadal wrzeszczących kamratów.
- Jedziemy? – zapytał podsuwając im sosnę.
W taki o to sposób wspólnie wybrali choinkę.


Panna Luiza dotarła do Gocewii ciągnąc za sobą czubek ogromnej sosny. Zielony ogonek użytecznie zamiatał drogę, przy okazji odłamując sobie gałązki. Przejeżdżający ludzie robili im zdjęcia zaśmiewając się do rozpuku. Nazwanie drogi powrotnej prawdziwą katorgą byłoby niedomówieniem. Alice nieprzerwanie marudziła, oczywiście o nieszczęsną choinkę, która jej zdaniem jest nieodpowiednia. Tom śpiewał, tak śpiewał, a nawet dość często fałszował starając się naśladować Celine Dion. Z kolei Rubien próbował w tych warunkach zasnąć, co było nie lada wyzwaniem.
Kiedy stanęli na światłach w centrum, Tom głośno westchnął. Wreszcie się ich pozbędę – pomyślał i wyobraził sobie Helenę, która czekała na niego w domu. Ludzie gęsto kroczyli zasypanym chodnikiem nosząc pakunki, szarpiąc dzieci za ręce i okrutnie się śpiesząc. Najurokliwsze były momenty, kiedy ten rozjuszony tłum starał się przejść obok straganu z rybami.
- Co za bzdura, powinni im zakazać stać w takich miejscach – mruknął Tom. – Patrz na to! Zaraz mu to rozniosą!
- A złodzieje się pasą… - roześmiał się Rubien.
- Ryba… - zamyśliła się Alice. Tom ruszył. – Stój! Ryba!
- Co ty bredzisz? – syknęła Menda.
- Tom, zaparkuj gdzieś!
O Boże – pomyślał – A myślałem, że to już koniec…
Jechał wolno rozglądając się za wolnym miejscem. O tej porze parkingi były przepełnione, a o znalezieniu pustej przestrzeni w centrum można tylko pomarzyć. Jeśli już coś się znalazło, było o wiele za małe by pomieścić Pannę Luizę z choinką. Tom dołączył się więc do innych samochodów, które jak sępy okrążały Gocewię z każdej możliwej strony.
- Tom, jeśli to by miało długo trwać, to ja poczekam… ale handlarz nie!
- A co ja ci poradzę? – zajęczał w odpowiedzi – Nie jestem magikiem!
- Stańże gdziekolwiek! – rozejrzała się i znalazła. Aż oczy jej rozbłysły – Tu! Szybko!
- Tu jest zakaz – ziewnął Rubien.
- Co mnie to…!
- Alice, ja nie wjadę na rynek – syknął Tom, który na samą myśl aż zbladł. Jeśli czegoś w Gocewii nie wolno, to z pewnością wjeżdżać autem na rynek.
Kobieta roześmiała się potwornie. Wyciągnęła palec, na którego końcu błysnęła iskierka.
- Wjedziesz.
I wjechał.



Gocewia szczyciła się swoim idealnym rynkiem. W jego centrum stoi szklana fontanna, ozdobiona tysiącem niebieskich lampek. Tuż obok piętrzy się wielka choinka przystrojona mnóstwem przeróżnych ozdób, które przynoszą mieszkańcy. Gdzieś dalej, bliżej kościoła, zbudowano stajenkę z figurami wielkości ludzi. Każda ze starych kamienic ma w sobie coś wyjątkowego oprócz milionów lampek. Przed jedną śmieje się Mikołaj, a ktoś inny przyprowadził renifera, który właśnie jadł siano. Mieszkańcy Gocewii bardzo dbali o wygląd rynku, serca tego miasta. Jeden samochód stał na uboczu, tak by było go jak najmniej widać, co w tych warunkach jest nie wykonalne. Każdy przechodzień rzucał mu dwuznaczne spojrzenie, szczególnie na wystającą choinkę.
Trójka wyszła pośpiesznie i jak najszybciej czmychnęła w tłum. Tom udawał, że to nie jest jego auto, rozglądając się wokół ze sztucznym uśmiechem. Zapiął pod szyję swoją niebieską, nadmuchaną kurtkę, w której wyglądał jak paker. Alice kroczyła obok z głową uniesioną dumnie niczym paw i tak pozostając niższą niż pozostała dwójka. Tuptała na swoich obcasach, a jej szczupłe nogi wyglądały uroczo w rajstopkach w gwiazdki. Rubien szedł na końcu z miną bez wyrazu i dłońmi włożonymi w kieszenie swego czarnego płaszcza.
- Ryby! – wrzasnęła Alice i rzuciła się do pierwszego straganu przepychając się wprawnie między kobietami. – Brzydkie!
Odwróciła się węsząc za okazją.
- Tam! – wskazała i pobiegła prawie przewracając się na oblodzonym chodniku. Rubien chwycił ją za łokieć.
- Powoli na tych łyżwach – powiedział, a ona zmarszczyła nos.
- Mendo, ramię!
Rubien z westchnieniem użyczył jej ręki do której uczepiła się, mimo tego nadal ślizgając. Spojrzała wyczekująco na Toma.
- Co?
- Ręka! – rozkazała. Podał jej ramię, tak więc szła sobie ustabilizowana z każdej strony, szarpiąc dwójką rosłych mężczyzn ku każdemu handlarzowi rybami w Gocewii. – Ahh! Tu nic nie ma!
- Ja widzę pełno ryb, kobieto…
- Cicho, Rubien. Chodźmy do sklepu!
Starali się wejść przez drzwi we trójkę. W ostatecznym starciu z futryną odpadł Tom, zaś Rubien z Alice podołali wspólnie. Ekspedientka zaszczyciła ich uśmiechem skierowanym głównie dla tej dwójki zupełnie pominąwszy zainteresowaniem Toma. Sklep był ekskluzywny. Na widok samych cen Tom dostawał palpitacji serca. Przyczepił się do Alice z drugiej strony, by przypadkiem nie uznano go za osobnego klienta. Musiałby wziąć kredyt na tę rybę.
- Tę, a może tamtą. Co myślisz, Rubienie?
- Cóż, to twoja ryba, kochana – zamruczał jej do ucha z uśmiechem pełnym kpiny, co ekspedientka uznała za dowód czystej miłości.
-  Wie pani co, ja się jeszcze zastanowię – powiedziała Alice niszcząc ckliwą nadzieję Toma na zakończenie nieszczęsnego dnia. W drodze powrotnej na rynek kobieta starała się im wytłumaczyć czemu ryby nie wybrała. Przy choince pojawiła się grupka kolędników wraz z instrumentami, którzy zachęcali przechodniów do dołączenia się do śpiewu. Trójka zmierzała w stronę auta, kiedy Alice dostała olśnienia.
- Widzę ją!
- Cóż znowu? – spytał Rubien.
- Moją rybę – roześmiała się i pociągnęła go do straganu, gdzie ryby pływały w małym zbiorniku śmierdzącej wody. Przywitał ich miły, pulchny handlarz gryzący wykałaczkę złotym zębem.
Wygląda jak pirat – pomyślał Tom.
Alice wyciągnęła swój palec i wycelowała nim.
- Ta!
- Proszę sobie wyciągnąć – rzekł handlarz i podał jej worek ruszając do innego klienta. Alice zbladła.
- Rubien, wyciągnij – podała mu siatkę.
- Czemu ja? To nie moja ryba – zaczął zrzędzić, ale schylił się i podwinąwszy rękawy złapał wprawnie wielkiego karpia cuchnącego przewielmożnie.
- Jaki uroczy! – zakwiliła Alice i uśmiechnięta od ucha do ucha poszła do auta rozmawiając z rybą. Rubien dogonił ją po chwili nadal ziewając.
- Mamy rybę,  mamy choinkę… - powiedziała dziewczyna - Gdzie jest Tom?
Biedny Tom dał się złapać w sidła kolędników. Dostał śpiewnik oraz świecę i wraz z innymi podobnymi do niego stał w grupce śpiewając głośno. Wzdychając, podeszła do niego Alice z Rubienem i wyszarpnęła z tłumu. Spojrzał na nich rozbieganym wzrokiem dziecka, które coś przeskrobało.
- Śpiewamy! – zawołał.
Rubien też dostał śpiewnik, chociaż zaciekle się bronił, grożąc że podpali Gocewię. Alice tańczyła sobie z rybą nieustannie coś do niej mówiąc albo przybliżając ją do Mendy w rytmie kolęd.
- Jingle bells … - zaczęła śpiewać grupa.
- Rzeka krwi, rzeka krwi opływa cały świat… - zanucił Rubien z uśmiechem.
- Jedzie Rubien z prezentami, komu w łeb siekierką damy? – dokończyła Alice.
- Poprzez krwawe drogi, ze śmiercią za pan brat… - śpiewał dalej Rubien.
- Pędzi Panna Luiza szybka niczym wiatr – wtrącił Tom.
- Tommy dodaj gazu, bo tu nic nie ma…
         - My wieziemy sosnę zieloną i śpiewamy tak…
- Rzeka krwi, rzeka krwi…! – zaśpiewali razem. Inni kolędnicy rzucili im dwuznaczne spojrzenia, więc ucichli po refrenie, a Tom wrócił do poprzedniej wersji. Znudzona Alice bawiła się rybą i przyglądała choince naprzeciwko siebie. Po kilku minutach wpatrywania się w nią szturchnęła Rubiena. Uniósł brwi pytająco.
Tom nie zauważył krótkiej wymiany i zawiązania paktu. Zupełnie nieświadomie podążał za tekstem oraz uśmiechał się do innych kolędników. Śnieżek prószył z nieba, było zimno. Idealnie. Gdzieś dzieci bawiły się lepiąc bałwana i rzucając w siebie śnieżkami. Rozmarzony oczami duszy widział swój ciepły dom, jedzenie i prezenty… Słuchał uważnie wskazówek dyrygenta, który radził, gdzie kłaść nacisk w następnej kolędzie.
Zamrugał. Choinka za dyrygentem drgnęła. Mam zwidy. Przetarł oczy.
Zniknęła! Nie, nie błagam!  – pomyślał odwracając głowę w poszukiwaniu Alice i Rubiena. Oddał szybko śpiewnik wraz ze świecą i pobiegł ich szukać. Obracał się wokół własnej osi, aż spostrzegł choinkę poruszającą się poziomo na czterech nogach. Zamknął oczy i przetarł twarz. Czemu zawsze…
Za nimi ciągnął się gruby kabel. Serce Toma stanęło.
- Czekajcie! – zawołał, ale było zbyt późno. Naprężony kabel z lampek nie wytrzymał. Tom usłyszał tylko pojedynczy, dudniący dźwięk i w całej Gocewii zgasło światło.




- Jak mogliście ukraść choinkę! – wrzasnął Tom, kiedy siedzieli już w Pannie Luizie. – W dodatku wyrwaliście główne bezpieczniki w rynku, które sterują rozkładem zasilania w całym centralnym mieście! Czy nie można was zostawić nawet na chwilę?
Alice i Rubien spojrzeli na niego niewinnie.
- Tamta była ładniejsza i dlatego chciałam ją mieć – mruknęła dziewczyna patrząc w oczy karpia.
- Ty się z nim ożeń – fuknął Rubien.
- Zazdrosny?
- Czym zgrzeszyłem, Boże? – załkał Tom i ruszył chcąc jak najszybciej wycofać się z rynku, na którym zaraz pojawią się spece od zasilania i policja.
Panna Luiza odjechała zostawiając za sobą sosnę i wyrwane bezpieczniki.
Centrum Gocewii opuścili jak na skrzydłach. Tom ledwo oddychał za kierownicą bojąc się zostać złapanym z kradzioną choinką w Wigilię. Dodatkowo kończyło mu się paliwo i musiał zatankować. Tak bardzo chciał być już w domu.
- Hamuj!
- Co? – Tom zamrugał i natychmiast nacisnął hamulec o włos nie uderzając w tył nowiutkiego mercedesa. Karp wypadł z rąk Alice i przeleciał przez cały wóz z plaskiem uderzając w przednią szybę.
Ryba zjechała po szkle i opadła na drążek z biegów.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – wrzasnął Tom. – Moja Panna Luiza!
Nikt nie wie, jakim cudem Tomowi udało się wtedy dojechać do stacji paliw.
- Spokojnie, Tom, oddychaj – uspokajała kierowcę Alice – Idź zatankuj. Nic się nie stało…
- Nienawidzę was! – odpiął pasy i trzasnął drzwiami. Szybko zatankował i pobiegł zapłacić, by jak najszybciej wrócić do swojego autka.
Alice spojrzała na Rubiena.
- Ja nie chce już tej ryby.
- To schowaj gdzieś Tomowi.
Uśmiechnęli się złośliwie.


Mały van należący do stacji GoceviaTV podjechał pod szpital dziecięcy. Z samochodu wyszła dziennikarka w schludnym kostiumie i niewzruszona zimnem, żwawym krokiem ruszyła przed główne wejście. Z vana wypadł zdyszany kamerzysta i pobiegł za kobietą. Przez kilka chwil szukali najlepszego miejsca.
- Kamera mnie bierze? – zapytała.
- Oczywiście, Millis. Wyglądasz perfekcyjnie jak zawsze.
Kobieta nie zwróciła uwagi na komplement. Spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta. Gdzie ona jest?
- Słyszysz to? – zapytała kamerzysty.
- Dzwoneczki?
Kobieta machnęła ręką.
- Kręcimy, szybko. Zaraz tu będą.
- Gotowy. Zaczynaj, Millis.
- Dzień dobry państwu w ten świąteczny poranek. Ja, Alisa Millis, znajduję się dziś przed Szpitalem Dziecięcym w Gocewii. Choć większość z państwa spędza świąteczny czas z rodziną, mali pacjenci muszą pozostać w tym mało przyjaznym miejscu. Na szczęście dzięki naszym wpływom właśnie teraz zawita tu Święty Mikołaj.
Kamerzysta odwrócił się w stronę wjazdu idealnie uchwytując wjazd ogromnych czerwonych sań ciągniętych przez najprawdziwsze renifery. Lejce trzymał potężny święty Mikołaj z długą białą brodą i ogromnym brzuszyskiem. Gdzie ona znalazła takiego grubasa? – pomyślała Millis. Po jego prawej stronie siedział piękny anioł o uroczych blond loczkach i niebieskich oczach. Był dużo wyższy od diabełka o rudych, sterczących kłakach, w którym Millis od razu rozpoznała Antoninę James. Tylko kim jest pozostała dwójka?
Kamerzysta robił swoje.
- Dobra. Cięcie. Poskłada się – kiwnął głową. – Możemy iść do dzieci.
- Witaj, Aliso – przywitał się diabełek, czyli Alice zeskakując z sań. Zaraz za nią zszedł niebywale wysoki anioł z ogromnymi, pierzastymi skrzydłami i aureolką, którego Alisa skądś znała. Mikołaj z trudem stoczył się z ogromnym brzuszyskiem tylko dzięki pomocy kamerzysty i białego, zaokrąglonego na wierzchu kija – Poznaj Rubiena – wskazała na uroczego anioła, który miał niebezpieczny błysk w oku – I Toma – ledwo stojący Mikołaj uśmiechnął się.
- Dobrze, że jesteście. Choć raz punktualnie. Miłość cię zmienia, Alice. My idziemy już na górę nakręcić parę scen z dziećmi, a wy – Alisa spojrzała na Mikołaja – wtoczcie to coś na górę. Pa!
Diabełek klasnął w dłonie z uciechy.
- Tom, bierz worek. Idziemy – rozkazała i pociągnęła anioła za sobą.
- Przypomnij mi dlaczego musiałem zgolić brodę? – zapytał Rubien.
- Dla dzieci! Przecież to oczywiste – poklepała go po policzku – Tak wyglądasz ładniej… Może brak ci pazura, ale anioł pełna klasa. Szkoda, że brwi nie…
- Ani o tym nie marz!
- Alice… - wysapał Tom – Ja nie dam rady – wskazał na brzuch, znaczy na worek – Dlaczego to ja muszę być Mikołajem?
- Oszalałeś? A gdzie ja znajdę naiwniejszą i niewinniejszą osobę od ciebie? Nie obijaj się, bo nigdy brzucha nie stracisz! Pośpiesz się! Teraz ci pomożemy wziąć worek, ale przy dzieciach musisz dźwigać go sam!
Udało im się przedostać na najwyższe piętro, gdzie leżały najciężej chore dzieci. Chcieli zacząć od nich. Radość uśmiechniętych dzieci kruszyła serca. Rozdawali im prezenty, starając się spełniać życzenia.
- A byłaś grzeczna, Saro? Ho, ho, ho – zapytał Mikołaj.
Urocza dziewczynka pokiwała głową. Anioł przyjrzał się jej uważnie.
- No ja bym wątpił – mruknął zakładając ręce na piersi.
- Grzeczna była, co ty mówisz! – oburzył się diabeł. – A co byś chciała dostać?
- Lalkę.
Lalka, gdzieś tu była lalka. Tylko gdzie? – myślała Alice szperając w worku. Brała poszczególne pudełka i potrząsała nimi starając się odgadnąć co jest w środku.
- Trudno, nie ma – powiedział anioł – Może w przyszłym roku.
Pomylili się z rolami – pomyślała Alisa przyglądając się z kamerzystą uroczym scenom. Kiedy skończyli z tym piętrem, przeszli do następnego, a prezentów zdawało się wcale nie ubywać. Robili sobie zdjęcia. Aniołek sypał plastikowymi płatkami, diabełek machał ogonem, a Mikołaj wlókł swój brzuch. Skończyli dopiero wieczorem. Wtedy też Tom wsiadł do sań, odpiął sztuczny brzuch i głośno ziewnął.
- To były pracowite święta – mruknął.
- W przyszłym roku to ja jestem diabłem – powiedział Rubien i przybili z Alice piąteczkę. Tom wywrócił oczami. A najtrudniejsza rola, jak zawsze, pozostaje mi – pomyślał.




~ Po świętach ~

Śliczna dziewczyna opatulona szczelnie płaszczem zeszła na dół ze swojej kamienicy. Stanęła przy sypiącej się Pannie Luizie i czekała na Toma, który pogwizdując jeszcze jakąś kolędę zbiegał ze schodów. Przepuścił grzecznie jakąś staruszkę, przytrzymując jej drzwi z szczerym uśmiechem. Kiedy otworzył samochód, wsiedli do środka.
Helena zapięła pasy.
- Skarbie, coś mi tutaj nie gra – powiedziała wąchając samochód – Czujesz to?
Tom nabrał powietrza.
- No cóż… - machnął ręką – To pewnie pozostałość po Rubienie i Alice.
- Pewnie tak – mruknęła Helena, ale nie spoczęła puki nie znalazła źródła zapachu. Ze zgrozą otworzyła schowek - Skarbie, co tu robi ryba? – zapytała.
Tom zbladł.
- Helena, mam zawał!


                                                                                                                  Dziecko




________________________________________________________________________


Triada życzy wszystkim naszym czytelnikom wspaniałych świąt Bożego Narodzenia spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze, samych szczęśliwych dni w nadchodzącym roku oraz szampańskiej zabawy sylwestrowej :)